Od piłki nie ma odpoczynku!

Wisla Pulawy - Gornik Zabrze
 fot. Wojciech Szubartowski  /  źródło: Pressfocus

No i skończyło się. Na stadionach szczebla centralnego zabrzmiały ostatnie gwizdki sezonu, rozdano ostatnie karty. Najważniejsza decyzja - na którą czekałem z racji osobistych sympatii - to awans zabrzańskiego Górnika. Radość i gratulacje. Ale to nie może przesłonić braków...

Górnik wygrał wyścig żółwi. Czołowe drużyny grały chimerycznie, traciły punkty, więc wystarczyło trochę regularności w końcówce - i jest sukces, tak oczekiwany przez wspaniałych zabrzańskich kibiców. Teraz trzeba robić zespół na ekstraklasę - mam nadzieję, że świadomość, iż obecny skład drużyny z Roosevelta ma małe szanse w elitarnej rywalizacji, jest powszechna. Kto jednak ma to zrobić? Komu mają przyjść do głowy dobre pomysły? No właśnie... W składzie wierchuszki klubowej piłkarska wiedza jest, niestety, w deficycie... Górnik wrócił „na salony” - tam, gdzie jego miejsce. Teraz głównie od mądrego zarządzania zależy, czy będzie to powrót trwały.

W ekstraklasie najpierw rozstrzygnęły się spadki. Niestety, dużo tu było niepiłkarskich elementów. Trener Arki powinien zaliczyć pielgrzymkę dziękczynną, bo trudno samo utrzymanie drużyny w ekstraklasie uznać za sportowy sukces. Ważny mecz rozstrzygnięty został przez świństwo Siemaszki. Drugie świństwo - to postawa Zagłębia Lubin w meczu ostatniej kolejki z gdynianami. Niesmaku dopełniły prostackie wypowiedzi trenera i zawodnika - bez cienia autorefleksji i sportowej uczciwości. Skoro - ponoć - „dobro wraca”, być może i biegunowo odmienne zachowania wywołają - w przyszłości - stosowny rewanż...

Spadek Ruchu i Górnika Łęczna to efekt całorocznych problemów w tych klubach, ale też przyłożyli do niego rękę sędziowie, w końcówce sezonu wypaczając wyniki niektórych meczów tych drużyn. Tak czy siak w obu klubach muszą teraz szybko opanować wewnętrzne problemy, bo inaczej jazda w dół może być bolesna, a wymarzony powrót do ligi - bardzo odległy w czasie.

U góry - zgodnie z prognozami - mistrzem została Legia. Nie zrobiła tego nazbyt efektownie, ale przecież liczy się złoty medal - o stylu szybko zapomnimy. Imponująca feta przy Łazienkowskiej pokazała, że „złoto” należy się też legijnym fanom.

Wielkim wygranym sezonu jest też Jagiellonia i jej trener. Nie byli pupilami arbitrów, budżetem znacząco ustępowali konkurencji, ale mądrością taktyczną i zaangażowaniem zdobyli „srebro”. Mecz z Lechem pokazał, jak wielką stratą dla „Jagi” będzie odejście Michała Probierza. Mądrymi zmianami odmienił losy niedzielnej potyczki; był - krótko mówiąc - najmocniejszym punktem swojej drużyny. Brawo!!! Cała liga przebiegała - jak w ostatnich latach - w cieniu idiotycznej reformy. Jest jednak nutka optymizmu; ponoć „już za chwilę” znów ma być normalnie.

Przed piłkarzami teraz krótkie wakacje; kibice emocjonować się będą zaś walką 21-latków o medale mistrzostw Europy i - jak co roku - zmianami trenerów i transferami. Bo przecież od piłki po prostu nie ma odpoczynku!

Z tej samej kategorii