Gdzie ci trenerzy przez duże „T”?

Wielkimi krokami zbliża się końcówka piłkarskiej ligowej batalii: siedem kolejek, które decydują o o wszystkim, spychając w niebyt ośmiomiesięczne gry bez znaczenia dla większości klubów. Ten okres przedstartowy wywołuje w klubach stan podniecenia oraz - czasami - nerwowe i mało przemyślane ruchy.

Jagiellonia Bialystok - Bruk-Bet Termalica Nieciecza
 /  fot. Michał Kość  /  źródło: Pressfocus

Bo jak nazwać zwolnienie trenera w Niecieczy bez wcześniejszego pomysłu na następcę? Poszukiwania owego następcy - nerwowe i bez efektu - sprawiły, że w Białymstoku zespół Bruk-Betu poprowadził trener przygotowania fizycznego. Obrazu zespołu nie odmienił, skończyło się - minimalną wprawdzie, ale jednak... - porażką. Do czego ostatecznie ta zmiana doprowadzi - pokaże czas i tabela.

Nie tylko niecieczanie mieli w ostatnich tygodniach ów problem personalny z nowym szkoleniowcem. Udało się w Gliwicach, bo na rynku był jeszcze Darek Wdowczyk. Ale teraz - pełna posucha. Jeden z klubowych przyjaciół zapytał mnie, kogo bym teraz zatrudnił, gdyby przyszło mi decydować o zmianie na trenerskiej ławce. Choć generalnie znam środowisko, z odpowiedzią miałem kolosalny problem. Na liście uprawnionych do pracy w ekstraklasie są setki nazwisk. Ale... tylko nazwisk. Trenerów przez duże „T” tam nie ma. Ci, którzy coś umieją, robotę już mają. Reszta to teoretycy, bez historii trenerskiej i autorytetu. Ta lista nabrałaby jakości, gdyby wielu byłych piłkarzy - często z reprezentacyjną przeszłością - wzięło się za trenerkę. Ale oni wybrali łatwiznę: poszli „w dyrektory” lub - częściej - kurczowo trzymają się mikrofonów.

Gdy przejmuje się zespół w trudnym momencie, trzeba mieć szczególne cechy zawodowe i osobowościowe. Sama dobra organizacja, trening i jego atrakcyjność ma znaczenie dużo mniejsze. Aby podnieść zespół z dołka, niezbędna jest wiedza, a przede wszystkim - autorytet i pomysł na grę. Rozmowy z całym zespołem i indywidualne, z poszczególnymi zawodnikami - oto rzeczy częstokroć decydujące o powodzeniu „misji ratunkowej”. Zespół musi uwierzyć w trenera - to warunek konieczny wyjścia z kryzysu. Dobrego szkoleniowca poznaje się właśnie po tym, jak z piłkarskich problemów wychodzi. Oto wyzwanie! Gdy drużynie idzie, wszyscy są wielcy. Uśmiechnięci zawodnicy na treningach skrupulatnie wykonują swoją pracę, każde ćwiczenie. Wywiady, poklepywanie po plecach - hossa pełną gębą. Zawsze jednak musi przyjść zły czas - i wtedy prawda wychodzi na jaw.

Kiedyś mieliśmy wielu „trenerów-strażaków”. Bardzo łatwo - choć w większości wypadków niesprawiedliwie - przypięto im łatkę tych, co to w swej pracy codziennej najczęściej używają (w roli niezbędnego rekwizytu) notesu z numerami telefonów: jak w słynnym powiedzonku Janusza Wójcika. Ale prawda oczywiście leży pośrodku. Nie uciekniemy więc na koniec od przypomnienia starej piłkarskiej zasady: najważniejszą decyzją w klubie - poza obsadą stanowiska dyrektora sportowego - jest to, komu wręczymy trenerską buławę. Oddana w złe ręce sprawi, że klubowa para pójdzie w gwizdek. Tę kluczową decyzję rozsądnie podjąć więc może tylko mądry dyrektor sportowy i fachowy prezes.

Z tej samej kategorii