A może Sancho Pansa...

Następstwo zdarzeń w Krakowie było tak błyskawiczne, że musiało być dobrze zaplanowane. Kiko Ramirez stracił posadę trenera „Białej gwiazdy” kilka minut po porażce z Wisłą Płock, a klub z Reymonta poinformował, że nazwisko nowego opiekuna drużyny poda następnego dnia. Nie trzeba było tyle czekać, bo już w niedzielę wieczorem dobrze poinformowani wiedzieli, że będzie nim Joan Carrillo.

Wisla Krakow - Bruk-Bet Termalica Nieciecza
 fot. Krzysztof Porebski  /  źródło: Pressfocus

Nie miejmy wątpliwości - tylko na pozór wszystko wygląda tak, jakby Ramirez padł ofiarą szału zawiedzionej kobiety, czyli prezes Marzeny Sarapaty, która zniesmaczona kolejnym kiepskim meczem wpadła do szatni i wywaliła trenera na zbity pysk, co w Wiśle ery poprzedniej nie było przecież niczym niezwykłym.
Podobno tym razem nie było żadnej histerii, więcej: wszystko miało odbyć się kulturalnie, pani prezes wysmażyła pożegnalną laurkę na Facebooku, Ramirez przyjął hiobową wieść z godnością, a nawet wyściskał się z szefową na do widzenia, czego zazdrościć mu będzie wielu małopolskich dżentelmenów, mających wszak na względzie, że nawet niewinny pożegnalny policzek może dziś zostać uznany za molestowanie.
Ramirez był eksperymentem i tak jak niespodziewanie w styczniu nad Wisłą się pojawił, tak niespodziewanie z Wisły odpływa. Ponoć zresztą swoiste poczucie tymczasowości nigdy go w Krakowie nie opuszczało i nie odważył się pod Wawel sprowadzić rodziny, jakby się bał, że w każdej chwili skądś wychynie smok.
Jeszcze tej jesieni powszechnie uznawano jednak, że podniósł zespół na wyższy poziom. Wisła grała widowiskowo i zbierała punkty, jeszcze trzy kolejki temu była na podium. Wystarczyły dwie porażki na własnym stadionie, jedna w Pucharze Polski, by z oceny bardzo dobrej zlecieć na niedostateczną. Podobno coś się wypaliło, a zespół potrzebował wstrząsu przed derbami z Cracovią... I mamy odpowiedź, ile znaczą trzy mecze wobec 10 miesięcy.
Środową prestiżową konfrontację na klatę weźmie podręczny duet Radka z Kazikiem, nowy trener będzie się tylko przyglądał. Tym samym uniknie spotkania z arcywrogiem cudzoziemców w rodzimych klubach, Michałem Probierzem. Szalony bytomianin gadał już do dziennikarzy po niemiecku, wręczał koledze po fachu rozmówki norwesko-polskie, a ostatnio przytargał na konferencję wielką doniczkę, nasypał ziemi, podlał i udowodnił - eureka! - że od razu nic nie rośnie... Ale w polskich klubach nie chcą czekać, już połowa wszystkich w ekstraklasie - włączając wczoraj Sandecję - zmieniła trenerów w trakcie sezonu. Pozycja Probierza przy Kałuży też nie wygląda zresztą na szczególnie stabilną.
Jedno trzeba Wiśle oddać - zadbano tam o swoiście pojętą szkoleniową ciągłość, czyli drużynę wciąż będzie prowadził Hiszpan, a nawet jeszcze precyzyjniej - Katalończyk. I na dodatek z bogatszym trenerskim CV, choć trudno uznać je za okazałe. Pewnie w sam raz na ligę węgierską, chorwacką, polską i trzecią hiszpańską. Myślę sobie, że i Sancho Pansa dałby radę, choć pochodził z innej prowincji, bo praca w nastawionym na „już” polskim klubie to wyzwanie niczym walka z wiatrakami.

 

Z tej samej kategorii