Nagy policzek, czyli witajcie rezerwy

Dominik Nagy
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: FOTOPYK

Piłkarz Legii Warszawa Dominik Nagy został wczoraj przesunięty do trzecioligowych rezerw. 22-letni reprezentant Węgier odważył się wyznać ojczystej telewizji, że się bał, gdy po porażce z Lechem (0:3) piłkarzy mistrza Polski „pieszczotliwie” przywitała grupa najbardziej radykalnych fanów klubu.

Zapowiedział także, że zamierza niebawem odejść do innej ligi i silniejszego klubu. W środę Nagy nie wziął już udział w treningu pierwszego zespołu.
„Kiedy przyjechaliśmy do klubu po tym meczu, czekali na nas kibice. Myśleliśmy, że chcą porozmawiać. Jednak, kiedy wysiedliśmy z autobusu, stanęliśmy w obliczu czegoś zupełnie innego niż sobie wyobrażaliśmy. Uważam, że wolno mówić mi o tym otwarcie. Możemy się tego wstydzić lub nie, ale to się wydarzyło. W dzisiejszych czasach takie sytuacje zdarzają się w niewielu miejscach. Szczerze mówiąc, byłem przestraszony” - powiedział piłkarz stacji M4.
Czy Węgier zapłacił za śmiałość publicznego przypomnienia o tym, o czym od ponad dwóch tygodni solidarnie milczą jego koledzy, szefowie Legii i policja? Wszystko wskazuje na to, że właśnie tak, choć trzeba też uczciwie przyznać, że sprowadzony z Ferencvarosu za około milion euro utalentowany zawodnik w tym sezonie rozczarowywał.
Odsunięcie go od drużyny mogło by mieć aspekt czysto sportowy, racjonalnie uzasadniony. Skoro pracownik nie identyfikuje się już z firmą i jawnie ogłasza, że chce zmienić ją na inną, trudno dalej na niego stawiać i w niego inwestować. Problem w tym, że trenerzy i szefowie Legii nie dali sobie szansy na takie alibi - w zaistniałych okolicznościach trudno w to uwierzyć.
Znamienne, że stać ich było za to na szybką, stanowczą i ostrą decyzję w stosunku do ofiary fizycznej napaści, co jaskrawo kontrastuje z ich pokrętnością i opieszałością oraz stwarzaniem pozorów działań zmierzających rzekomo do wyjaśnienia, co tak naprawdę zaszło przy klubowym autokarze w pamiętną noc z 1 na 2 października. Nie wspominając już o wyciągnięciu jakichkolwiek konsekwencji wobec sprawców czynu daleko wykraczającego poza normy zachowań międzyludzkich w cywilizowanym społeczeństwie. No bo przecież w tym wypadku żadne kamery niczego zdrożnego nie nagrały...
Jak widać innowacyjne w swej motywacyjności działania zatroskanych kiboli przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Nagy jest pierwszym piłkarzem po traumatycznym incydencie, który chce zwiać z ulicy Łazienkowskiej; prawdopodobnie to dopiero początek większej rejterady, choć bardzo możliwe, że nie wszyscy jej uczestnicy będą chcieli zrobić to w świetle telewizyjnych kamer; wystarczy, że nie przedłużą kontraktów, w zaciszu gabinetów zrobią to za nich menedżerowie.
Włodarze Legii chyba wciąż nie zdają sobie jednak sprawy, że kręcą bat na samych siebie. Czytelny sygnał wciąż idzie w świat – w stolicy dużego europejskiego państwa w Unii Europejskiej stworzyli otóż nowoczesny obóz pracy, w którym pracownik musi liczyć się z tym, że będą lać go po mordzie. A potem ów powinien jeszcze nadstawić drugi policzek.

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~Dobromir01Użytkownik anonimowy
~Dobromir01 :
No photo~Dobromir01Użytkownik anonimowy
Biedny Miś. i do tego Skarżypyta.
Meneger nieh mu szuka już szybciutko klubu. Legii za tego kopacza należy się kasa za odstępne- jeśli ktos w ogóle tego "perspektywicznego" gracza zechce,
20 paź 22:58
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii