Kto chciał zwolnić Rasmussena, miał bardzo krótką pamięć

Kim Rasmussen
 /  fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Rodzimi poprzednicy obecnego selekcjonera przez sześć długich lat nie tylko nie mogli w ogóle pomarzyć o ćwierćfinale mistrzostw świata, ale nie potrafili nawet wprowadzić reprezentacji do dużego turnieju.

Powstała anegdota, która przekonuje, że najbardziej zmartwiony coraz lepszą grą polskich piłkarek ręcznych w mistrzostwach świata w Danii jest prezes polskiej federacji Andrzej Kraśnicki. Otóż biało-czerwone zbliżają się wielkimi krokami do historycznego występu w igrzyskach olimpijskich, co oznaczałoby powiększenie o około 20 osób reprezentacji, którą trzeba będzie wysłać do Rio de Janeiro. Tymczasem jak wiadomo Polski Komitet Olimpijski – któremu również szefuje Kraśnicki – nie ma pieniędzy na przelot olimpijczyków za ocean...
Już bardziej poważnie należało traktować głosy dobiegające z Danii, że ewentualna porażka z Węgierkami mogła być pożegnaniem selekcjonera Kima Rasmussena. Polki jednak w wielkim stylu wygrały i słowem oraz czynem wsparły duńskiego trenera. Dziś jego gang po raz drugi z rzędu staje przed szansą awansu do półfinału mistrzostw świata.
Gdyby groźba zwolnienia Duńczyka faktycznie była realna, świadczyłaby o tym, że niektórzy mają bardzo krótką pamięć. Można wiele dyskutować o polskiej myśli szkoleniowej i jej wyższości nad obcą, ale to rodzimi poprzednicy obecnego selekcjonera przez sześć długich lat nie tylko nie mogli w ogóle pomarzyć o ćwierćfinale mistrzostw świata, ale nie potrafili nawet wprowadzić reprezentacji do dużego turnieju.
Dopiero Duńczyk – choć też nie od razu, po dwóch kolejnych niepowodzeniach – przerwał złą serię w 2013 roku, i od razu wywalczył najlepsze w historii MŚ 4. miejsce!
Co prawda teraz, w pierwszej fazie turnieju w ojczyźnie Rasmussena, gra Polek zdecydowanie bardziej budziła zgrzytanie zębami niż zachwyt, w momencie prawdziwej próby znów zdały egzamin na piątkę.
Oczywiście nie oznacza to, że z wszystkimi wyborami i decyzjami Duńczyka trzeba się zgadzać. Przy mizerii skrzydłowych Rasmussen atakowany jest zwłaszcza za pozostawienie w domu wyróżniającej się w lidze i doświadczonej Katarzyny Kołodziejskiej. Być może jej gra w Danii dałaby nam kilka bramek więcej, ale jak sięgam pamięcią nigdy nie była zbawieniem tej drużyny.
Selekcjoner wolał postawić na zawodniczki młodsze, bardziej perspektywiczne, bo patrzy trochę dalej w przód niż na najbliższy turniej. Jestem przekonany, że Aneta Łabuda czy Joanna Gadzina będą za rok już zupełnie innymi reprezentantkami niż obecnie, pewniejszymi siebie, dojrzalszymi, skuteczniejszymi. A może nawet już za kilka miesięcy, gdy Polki toczyć będą bój o Rio, a następnie – miejmy nadzieję – w igrzyskach olimpijskich.

 

Z tej samej kategorii