Teraz Hofman. Będzie Państwowy Instytut Szczypiorniaka?

EHF Euro 2016 briefing prasowy
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

„Zyskując” Adama Hofmana, Związek Piłki Ręcznej w Polsce poświęcił Marcina Herrę, jeszcze niedawno wychwalanego pod niebiosa za sprawną organizację styczniowych mistrzostw Europy. Czy gdzieś jeszcze przebiega granica smaku?

Nieprawdopodobnie cudowny finał Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych i fantastyczny triumf Vive Tauronu Kielce na długo zapadną w kibicowską pamięć. Wydarzenia ostatniej niedzieli maja w Kolonii powinny dać nowego pozytywnego kopa dyscyplinie.

W myśl przysłowia kuj żelazo, póki gorące, ów spektakularny sportowy sukces został błyskawicznie skonsumowany przez związkową centralę.


Właśnie w szeregi Związku Piłki Ręcznej w Polsce, i to od razu w randze wiceprezesa, wstąpił niejaki Adam Hofman, osławiony polityczny pieniacz oraz bezwzględny demaskator błędów i niedomagań cudzych, etycznie zdemaskowany w wyniku tak zwanej „afery madryckiej” - wysysania poselskich diet w wojażach po kontynencie, powiązanych z zacieśnianiem więzi rodzinnych.
Samobiczowanie nie trwało długo - z publicznego niebytu „turystę” wyrwało skłonne do łatwego wybaczania środowisko z ulicy Puławskiej, prawdopodobnie pod presją państwowego sponsora, PGNiG.

Czym ma się zająć Hofman w zarządzie sportowego związku? Budowaniem wizerunku, a jakże! Ironia losu miesza się z kabaretem.


Litościwość ZPRP stanie się też nieco bardziej zrozumiała, gdy wspomnieć, że w charakterze wiceprezesa Hofman miał godnego poprzednika. Przez prawie dwa lata Ryszard M. rozdawał uśmiechy w blasku fleszy, nawet podczas polskiego Euro, choć od półtora roku wisiał nad nim prokurator i zarzuty łapówkarstwa, aczkolwiek - tu okoliczność „łagodząca” - tylko dla dobra wspólnego obywateli i miasta Zawiercia.
Nikomu w ręcznej federacji to jednak nie zazgrzytało, choć w obronie jej szlachetnego oblicza prezes Andrzej Kraśnicki smaży protestacyjne listy do tych redakcji, które ów sielankowy obrazek choćby sporadycznie malują nieco bardziej na szaro.

 

Sprzyja temu fakt, że sferę publiczną w Polsce cechuje błogi dystans do działań wymiaru sprawiedliwości, wyrażony stoickim „poczekajmy, aż winy będą udowodnione”. Bezwzględnie - od orzekania winy i ewentualnej kary jest sąd, wszędzie jednak w cywilizowanym świecie podejrzenia utraty wiarygodności i zaufania skutkują natychmiastowym „samousunięciem" w cień. U nas - a niby po co?


Miks sportu i polityki najczęściej bywa pomysłem chybionym, a tak zwani spadochroniarze wyrządzają związkom ewidentne szkody, już na pewno wizerunkowe. Owszem, w czasach słusznie minionych było paru zasłużonych ministrów, także na Śląsku, dbających o interesy Górnika, Ruchu i innych klubów, co owocowało ich długą dominacją w krajowej rywalizacji, do dziś wspominaną z rozrzewnieniem.

Na marginesie warto przywołać tu nazwisko Jana Mulaka - być może potęgę polskiej lekkoatletyki lat 50. i 60. i słynny Wunderteam zawdzięczamy temu, że tego aktywistę PPS-u politycznie rozbrojono przez likwidację "bazy" i wchłonięcie w szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.


Abstrahując, gdzieś chyba musi przebiegać granica, osławiona w wierszu Herberta "sprawa smaku". Czy ludzie bez jego wyczucia powinni sprawować jakikolwiek urząd, choćby i społecznie? Wydaje się, że w tym przypadku tym bardziej nie, gdyż defrauduje znaczenie robienia czegoś społecznie.

Wyzbyta smaku wydaje się także organizacja zawiadująca piłką ręczną, choćby zmieniała szaty i barwy; a być może dlatego, że zmienia je zbyt często, stając się zakładnikiem władzy i polityki. "Zyskując" Hofmana, poświęciła Marcina Herrę, jeszcze niedawno wychwalanego pod niebiosa za sprawną organizację styczniowych mistrzostw Europy i przymierzanego nawet na następcę Kraśnickiego. Ale ta opcja została "passe".


Malowanie trawy na zielono nie sprawi, że roślinka faktycznie będzie bujna i kwitnąca. Nie chcąc w latach 50. rywalizować z wspomnianą już "przewodnią siłą narodu", Polski Związek Piłki Ręcznej przeobraził się w ZPRP. Widać zmierza, by dokonać kolejnego przefarbowania. Proponuję Polski Instytut Szczypiorniaka, co byłoby z jednej strony zgrabnym nawiązaniem do korzeni, z drugiej stworzyło nowemu prezesowi naturalnie przyjazne warunki pracy.


Paradoksem jest, że za sukcesem klubu Vive nie stoi żaden prawdziwy Polak, lecz pewien szalony Holender, ongiś nawet wiceprezes ZPRP. Dlaczego był nim krótko i dawno już nie jest - chyba nawet nie trzeba się domyślać.

 

Z tej samej kategorii