Kariera jednego słowa

Kamil Glik
 źródło: AFP

Kamil Glik pozostał tym samym dobrym, pracowitym piłkarzem, a co najważniejsze - wciąż skromnym, prostym, pokornym człowiekiem brylującym nie na twitterach, czy bankietach, tylko na boisku.

Praca i pokora - do znudzenia podkreśla minister Błaszczak, który po rekonstrukcji rządu zachował stanowisko numeru jeden od spraw wewnętrznych.

 

Praca i pokora - to akurat z czystym sumieniem można powiedzieć o Kamilu Gliku. Tak głośno o polskim piłkarzu we Francji nie było od czasów Andrzeja Szarmacha, czyli od jakichś lat trzydziestu z okładem. Teraz futbolowym światem nad Sekwaną niczym słynny „Diabeł” zakręcił stoper Monaco. Słowo stoper nie znalazło się w tym miejscu bez powodu - Szarmach był napastnikiem, łowcą goli, a więc już na starcie miał łatwiej niż dajmy na to miałby Szarmach obrońca.

 

Defensorów zauważa się rzadziej i szanuje mniej - to nie gwiazdy pierwszej wielkości, nie porywają tłumów natchnionymi dryblingami i efektownymi bramkami jak ich koledzy z ataku. Bo to ludzie od brudnej roboty, od przeszkadzania w budowaniu widowiska, od obrzydzania piękna piłki, od kopania po kostkach i piszczelach, no słowem czarne charaktery - tak jak... Kamil Glik z meczu reprezentacji, gdy już po gwizdku sędziego brzydko sponiewierał leżącego na ziemi Kazacha.

 

Jeżeli o obrońcach się mówi, to w najlepszym wypadku znaczy, że mecze kończą się bez bramek. No a wszyscy dobrze wiemy, co jest solą piłki; na pewno zaś wiedzą o tym piłkarze i kibice Legii, którzy w Lidze Mistrzów bramki tylko tracą, a w środę w Lizbonie w ciągu 90 minut ustanowili nowy szczyt szczytów - nie oddali celnego strzału. Ot, mistrzowie destrukcji.

 

Zeszliśmy nieco od głównego nurtu tych wynurzeń, choć nie do końca. Glik w końcu swoją sławę we Francji też buduje nie tylko na wybijaniu, przeszkadzaniu i faulowaniu. Podobnie jak w swoim poprzednim klubie, Torino, stał się łowcą goli. I w tej specjalności robi postępy - dotychczas lubował się w trafianiu do siatki głową po stałych fragmentach gry. We wtorek kropnął nogą zza szesnastki tak, że bramkarz nie miał co zbierać. To prawdopodobnie najpiękniejszy gol w jego karierze, a pewnie i jeden z najbardziej cennych, bo zdobyty w Lidze Mistrzów.

 

Wśród polskich piłkarzy, którzy przed sezonem lawinowo wyjeżdżali do Francji, Glik na razie jest największym wygranym. To być może znaczące - zmienił środowisko, klimat, stadiony, ale pozostał tym samym dobrym, pracowitym piłkarzem, a co najważniejsze - wciąż skromnym, prostym, pokornym człowiekiem brylującym nie na twitterach, czy bankietach, tylko na boisku.

 

Praca i pokora - podkreślmy raz jeszcze. To nie są przymioty, które można gdzieś kupić; to nie są wcale atrybuty powszechne. Dowodów mamy na to bez liku codziennie. Oto dwa z wczoraj. Nie wiem, co powoduje Józefem Wojciechowskim i Dariuszem Smagorowiczem. Jeden zamierza (zamierzał? - termin zgłoszeń minął wczoraj o północy) wystartować w wyborach na prezesa PZPN, drugi został wybrany do nowych władz ekstraklasowej spółki. Wydawało się, że ich czas w polskim futbolu słusznie minął, ale widać słowo pokora to wciąż nieodkryty ląd.

Z tej samej kategorii