Łaska dla nieśmiertelnych

Janusz Wójcik był nieodrodnym dzieckiem epoki przełomu, zachłyśniętej wolnością słowa, ale też opornie nabywającej standardów zachowań znanych nam dzisiaj. Pojęcie profesjonalizmu raczkowało, piłkarze kurzyli jak lokomotywa i chlali na umór, synonimem diety bezglutenowej był schabowy z kapustą, a trenerzy mówili dokładnie to, co mieli na myśli, bez gryzienia się w język.

Janusz Wojcik zdjecie archiwalne
 fot. Michal Kosc  /  źródło: Pressfocus

Gdy Janusz Głowacki stanął przed surowym wymiarem peerelowskiej sprawiedliwości za gorszące prowadzenie się i publiczne wystąpienie bez majtek na plaży w Chałupach, w ostatnim słowie prosił o darowanie życia. Prośba została wysłuchana - karą był m.in. półroczny zakaz druku - i po popełnieniu grzechu śmiertelnego literat zdążył jeszcze zrobić karierę pisarską w Ameryce, zostać uznanym dramatopisarzem (wszędzie poza ojczyzną) i stać się nauczycielem ironii mojego pokolenia - szczęśliwie urodzonych tuż przed, w trakcie lub zaraz po Wembley 1973.
Dlatego w redakcji „Sportu” nieśmiało wierzymy w łaskawość osądu Czytelników i zdolność wybaczania. Otóż, proszę państwa, jesteśmy w fazie rewolucji, a rewolucja nie ogląda się na swoje dzieci, tylko wali na odlew. I żeby być skuteczną, musi być też błyskawiczną - inaczej nie byłaby rewolucją, lecz człapaniem ku coraz wyraźniej majaczącemu schodzeniu.
Owocem tejże rewolty jest wiele niedoskonałości, głupot i - umówmy się - ordynarnych chochlików, z których wystawienie w rozgrywkach centralnych Olimbii Grudziądz jest najbardziej brawurowe, aczkolwiek niejedyne i zapewne nieostatnie. Co gorsza, prowokacja spotkała się z głuchym zainteresowaniem takich choćby firm bukmacherskich, które pozostały niewzruszone i nie zamieściły wspomnianej drużyny w swojej ofercie. Cóż, przeżyjemy.
Mam przy tym nieśmiałe przeczucie, że tak właśnie do nieśmiertelności przechodzą prasowe białe kruki, niczym śmiertelnicy obdarzeni umiejętnością lapidarnej sentencji. Są pisarze, którzy płodzą tysiącstronicowe cegły, a choćby jednego, króciutkiego, podrzędnie złożonego zdania nijak z nich nie zakreślisz, nie wspominając o zapamiętaniu. Nieodżałowanego Głowackiego przywołałem w tym miejscu nieprzypadkowo, bo w ostatnich miesiącach rodzime życie publiczne spotyka cios za ciosem.
Janusz Wójcik może nie był tak finezyjny jak „Głowa”, ale zapracował na żywotów wiecznych przynajmniej kilka. Bo też jeden z poprzedników w fotelu Adama Nawałki miał dar celnego ujęcia tematu, a jego bon moty do dzisiaj działają jak rasowy bokser - kładą na łopatki. „Kiełbasy w górę i golimy frajerów!”, „tu nie ma co trenować, tu trzeba dzwonić!”, „Hiszpanie to dobrze mogą grać na gitarach w Hiszpanii” czy „kasa Misiu, kasa!” - że przywołam tylko garść najbardziej znanych perełek „Wójta” cytowanych od poniedziałku we wszystkich o nim wspomnieniach.
„Przy mnie nigdy nie zaklął. Nie odmówił wywiadu. Zawsze się pierwszy ukłonił. Wiedział, że nie samym sportem człowiek żyje. To za Jego kadencji po meczach kadry chłopcy z zagranicznych klubów najczęściej musieli przebukowywać bilety powrotne, bo samoloty odlatywały w porach, gdy impreza się dopiero rozkręcała” - czule żegna się z „Wójtem” moja znajoma, kiedyś osoba z pogranicza dziennikarki i futbolowej celebrytki - za co zresztą nieraz płaciła grubą cenę, słownie, a nawet fizycznie sztorcowana przez oficjalne partnerki kopaczy - a która środowisko tamtej kadry ulubiła sobie szczególnie.
Paradoks trenera srebrnych medalistów olimpijskich z Barcelony polega na tym, że uosabiał to, co najlepsze i najgorsze zarazem w polskim futbolu. Niezrównany motywator i gawędziarz, dusza towarzystwa, całujący w rączkę dżentelmen; ale też działacz skażony korupcją, za linią boczną bezwzględny tyran, niewybaczający najmniejszej boiskowej ułomności, brak przekleństw w towarzystwie dam rekompensujący wulgaryzmów potokiem niczym jakiś upadły żul. Do tego bohater wielu anegdot, jak tej, gdy „wczorajszy” nie zorientował się, że przedmeczową odprawę zrobił w szatni drużyny przeciwnej. Upadał zresztą wielokrotnie, dosłownie też.
Był nieodrodnym dzieckiem epoki przełomu, zachłyśniętej wolnością słowa, ale też opornie nabywającej standardów zachowań znanych nam dzisiaj. Pojęcie profesjonalizmu raczkowało, piłkarze kurzyli jak lokomotywa i chlali na umór, synonimem diety bezglutenowej był schabowy z kapustą, a trenerzy mówili dokładnie to, co mieli na myśli, bez gryzienia się w język. „Alkohol był, jest i będzie na zgrupowaniach kadry” - mawiał „Wójt”. Być może, ale dzisiaj zabarwia go syrop z agawy i jagody goji.
Gdy zestawić Wójcika z obecnym selekcjonerem, mamy obraz przemian w obyczajowości na piłkarskich szczytach w ciągu dwóch dekad. Nie ma wątpliwości, co w ostatecznym rozrachunku jest lepsze - czy złotoustość trenera, który zaprzepaścił wszystko po ledwie jednym sukcesiku, czy nuda oratorska Nawałki, za którego świadczy reprezentacja, z jakiej jesteśmy dumni. Wtedy mieliśmy sfrustrowanego i rzucającego bułkami supersnajpera Juskowiaka, dziś naszą blond gwiazdą jest Lewandowski. Wszelkie porównanie zbyteczne.
Ale żyjemy w Polsce, gdzie gawędziarstwo, towarzyskość i biesiadność wciąż decydują o wysokim społecznym prestiżu, i w sumie trudno nam - dalekim epigonom sarmackiej złotej wolności - mieć to za złe. Zdarza się, że ludzie upadają, ale ci nieśmiertelni z nas zasługują na łagodny wymiar kary. I o nas proszę pamiętać, bo nie zamierzamy robić przerwy w druku.

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~kubaUżytkownik anonimowy
~kuba :
No photo~kubaUżytkownik anonimowy
o matko, panie Mucha ktoś to czyta oprócz pana? niemal zasnąłem przy tym tekście. zanudzić człowieka pisząc o Wojciku, to sztuka wyjatkowa.
27 lis 17 02:45 | ocena:100%
Liczba głosów:2
0%
100%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~wilsonUżytkownik anonimowy
~wilson :
No photo~wilsonUżytkownik anonimowy
Sprawne pióro trzeba przyznać posiadł red. Mucha
26 sty 17:39
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii