Szaleństwa króla Jerzego

Czy gdyby półfinalista Wimbledonu sprzed trzech lat czas spędzony przed monitorem komputera poświęcał na poprawę techniki, wytrzymałości, odnowę biologiczną, odpoczynek, trening mentalny, budowanie wizerunku czy cokolwiek związanego z karierą tenisową, nie miałby dziś miejsca w pierwszej dziesiątce na świecie zamiast w trzeciej setce rankingu? Kwestia chyba nie do rozstrzygnięcia.

Jerzy Janowicz
 źródło: AFP

Byłem ostatnio świadkiem, jak Jerzy Janowicz zniszczył rywala. Naprawdę! Widziałem na własne oczy (no dobra, w internecie...), jak łódzki tenisista nie daje przeciwnikowi najmniejszych szans, nie zostawia złudzeń, roztrzaskuje w drzazgi, wręcz wgniata w ziemię, no po prostu nie ma co zbierać. Tym rywalem była, niestety, komputerowa klawiatura.


Nie byłem oczywiście jedynym widzem tego spektaklu, widziały go pewnie już setki tysięcy, o ile nie miliony. Janowicz bowiem to miłośnik gier komputerowych, na czele z popularną „strzelanką” Counter Strike. Skradanie się, celowanie, zastrzelenie wroga i uczestnicy na podglądzie w rogu monitora. Podczas jednej z takich sesji popularny JJ został trafiony przez przeciwnika i wyeliminowany z dalszej gry. I wtedy nastąpił wybuch zimnej furii - na oczach innych graczy Janowicz wyładował swoją złość właśnie na klawiaturze, z której zostały szczątki. Ot, szaleństwa króla Jerzego na miarę XXI wieku.


W sumie nic nowego - czyż od lat nie zachowuje się podobnie na korcie? Jerzyk po prostu tak ma: mecz tenisowy traktuje jak wojnę, wdaje się w słowne potyczki z rywalami i sędziami, wykłóca z kibicami, a wykrzyczane „How many times!?” (Ile razy jeszcze?!) przeszło do historii wielkoszlemowego Australian Open. Podobnie jest poza kortem, wyrzuca z siebie tyrady o tym, kto ma prawo krytykować jego grę i co to znaczy trenowanie po szopach. Pretensje do całego świata na każdym kroku. Trudno kogoś takiego polubić, trudno komuś takiemu kibicować.


Gdy kilka miesięcy temu po raz pierwszy zobaczyłem Janowicza „w akcji” przed komputerem, pomyślałem, że podszywa się pod niego sobowtór. Ale trudno go było pomylić, no i okazało się, że tenisista jest całkiem dobry w wirtualnym świecie. Zaczynał grać w wieku 7-8 lat i w końcu osiągnął najwyższą rangę, tak zwanego Globala (cokolwiek to znaczy).


Tu jednak rodzi się pytanie otwarte, czy gdyby półfinalista Wimbledonu sprzed trzech lat czas spędzony przed ekranem poświęcał na poprawę techniki, wytrzymałości, odnowę biologiczną, odpoczynek, trening mentalny, budowanie wizerunku czy cokolwiek związanego z karierą zawodowego sportowca, nie miałby dziś miejsca w pierwszej dziesiątce na świecie zamiast pozycji w trzeciej setce rankingu, na którą w przyszłym tygodniu spadnie?


Trudno to zweryfikować, nie będąc osobą z bliskiego otoczenia tenisisty, ale może wkrótce dowiemy się więcej, bo sprawę wziął na tapetę sąd, który rozważy opinię dziennikarza „Rzeczpospolitej” Mirosława Żukowskiego, jakoby Janowicz był od gier komputerowych uzależniony.

 

Podobnie jest z temperamentem, który nie musi być przekleństwem, zresztą stara prawda głosi, że grzeczni chłopcy rzadko sięgają sportowych szczytów. Byli przecież świetni nerwusi - na korcie za takiego uchodził numer 1 na świecie przełomu lat 70. i 80. Amerykanin John McEnroe. W ogóle wypaść z dobrych manier nie jest czymś wyjątkowym: swoje za uszami mają przecież i Novak Djoković, i sam mistrz elegancji Roger Federer, a Serena Williams swego czasu chciała nawet włożyć sędzi piłeczkę prosto do gardła.


"Puścić lejce” zdarza się każdemu - byle nie stało się to regułą. Najlepszym zaś złe emocje udaje się przekuć w sportową złość, która z kolei pozwala wznieść się ponad wszystko - na wyżyny fizyczne i mentalne, w efekcie odnieść spektakularny sukces.


Można się oczywiście z Janowicza wyśmiewać, można z niego drwić, można na niego przeklinać, można wreszcie machnąć ręką, ale to łatwizna i nie rozwiązuje problemu. Kształtowanie charakteru mistrza to nie fabryka śrubek. Upadek łódzkiego tenisisty niesie z sobą kilka ważnych pytań, na które wszyscy powinniśmy spróbować odpowiedzieć - jak z utalentowanego szkraba „zrobić” świetnego sportowca; albo inaczej: jak z pełnego temperamentu dziecka wychować mądrego, opanowanego dorosłego człowieka.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~bueeeeUżytkownik anonimowy
~bueeee :
No photo~bueeeeUżytkownik anonimowy
Nudy ... nudy ... nudy ...
Niczego nowego ani ciekawego się nie dowiedziałem nowego z tego artykułu, który jest tylko mocno przydługą opinią własną autora ... A kim jest autor? nie mam pojęcia .
14 paź 16 18:42
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~hehUżytkownik anonimowy
~heh :
No photo~hehUżytkownik anonimowy
Gdyby chociaż autor tego tekstu sam miał jakieś własne osiągnięcia ... Pouczenia zgorszonej guwernantki nie przynoszą nic prócz hoorarium dla p. Muchy

BTW - kto to jest Mucha ?
...?
14 paź 16 18:39
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii