Rio a Kraków, czyli gdzie jest ten bidet?!

Rio mop wioska olimpijska
 fot. ZPRP/Facebook  /  źródło: Facebook

Gdyby igrzyska otrzymał pobożny Kraków, skala buntu sportowej młodzieży całego świata mogłaby przekroczyć ten spowodowany przez zdradziecki wirus Zika. Bo w automatach byłaby co najwyżej cola, a samo gorszące słowo kondom nikomu nie przechodziłoby przez usta.

Stopień gotowości Brazylijczyków do organizacji igrzysk świadczy o tym, że te największe zawody sportowe na kuli ziemskiej prawdopodobnie mogłaby zorganizować nawet Polska, nie wspominając o Panamie. Zestawiam te trzy państwa nie bez kozery, bo właśnie w naszym kraju wielkim sukcesem sportowym – o ile w tym kontekście w ogóle można tak mówić – zakończyły się Światowe Dni Młodzieży. Z milionową rzeszą gości brawurowo poradził sobie Kraków, a za trzy lata ten sam zaszczyt kopnie 3,5-milionowe państwo w Ameryce Środkowej.


Jasne, ŚDM nie wymagają budowy stadionów, hal czy basenów – wystarczą namioty i gościnność tubylców. Igrzyska olimpijskie to już wyższa szkoła jazdy, ale umówmy się - niewiele nam brakuje. Każda wielka impreza w naszym kraju – nie tylko sportowa - kończy się gigantycznym sukcesem organizacyjnym: czy to Euro kopaczy, czy to mistrzostwa w szczypiorniaka, czy to mundial w siatkówkę, nie wspominając o wielu wielu pomniejszych.
Nowoczesnych stadionów i hal namnożyło się u nas w ostatnich latach jak grzybów po deszczu, wkrótce lekkoatletyczna mekka otworzy swoje podwoje w Parku Śląskim (tak, tak...), mamy morze, mamy góry, poza tym słyniemy z gościnności, no i z czystością też u nas niezgorzej.


Tymczasem w Rio – chaos, brud, smród i głód: sportowcy trafiają w swoich apartamentach na prowizorkę, w której nie ma prądu i wody, a dziennikarze umierają z głodu w biurze prasowym. Agencje donoszą, jak do wioski olimpijskiej w Rio docierają kolejne grupy i od razu zabierają się za sprzątanie. Internet obiegły zdjęcia polskich szczypiornistów - dwumetrowych chłopów na schwał ze szmatkami w dłoniach jak bochny chleba, przecierających zakurzone szyby; wirtualną przestrzeń podbiła też relacja tenisistki Pauli Kani z trudem maskującej wypieki na twarzy: „Mopy są tak oblężone, że trudno się do nich dopchać. My czekamy już dwa dni!”.
Olimpijka „last minute” rodem z Sosnowca pewnie nawet nie spodziewała się, że tym samym dała zupełnie nowe wyobrażenie o tym, za czym warto współcześnie zabijać się w kolejkach, w czym akurat my, Polacy, mamy znaczne osiągnięcia.


Na miejscu Brazylijczyków "wygrałbym" ów mankament sportowo: jazdę mopem po podłodze uczyniłbym konkurencją pokazową - wszak nie takie dziwactwa znajdowały się już w olimpijskich programach. Na dodatek z tej akurat praktyczne życiowe nauki wyciągnęliby sami sportowcy – po pierwsze dowiadują się, ile trudu kosztuje przygotowanie im wygody; po drugie wielu z nich przyda się zejść z obłoków na ziemię; po trzecie wreszcie przyjechali do pracy, więc dlaczego mają nocować jak w 6-gwiazdkowym sterylnym apartamencie w Dubaju?


Tymczasem jedynym zgrzytem, jaki zauważono pod Wawelem podczas wielkiego święta chrześcijańskiej młodzieży, były pretensje młodych Włochów, którzy nieśli ogromny transparent z wyrzutem: „Gdzie jest bidet?!”. Zakładam jednak, że brak owego asortymentu nie był wynikiem dezorganizacji, lecz nieznajomości obcych zwyczajów higienicznych, żeby nie powiedzieć fanaberii. Jak wiadomo bidet nie jest powszechnym wyposażeniem polskich łazienek; nieświadomi kompromitują się nawet, myjąc w nim stopy. Oczywiście niewiedza nie jest wytłumaczeniem, ale przyznajmy, że tę niedoróbkę łatwo i szybko dałoby się jakoś „zalać”.


No cóż, Brazylijczyków nie przebilibyśmy pewnie tylko w jednym – liczby przygotowanych prezerwatyw, których wypadło ponoć średnio 41 na jednego mieszkańca wioski olimpijskiej. Połączenie jest wiadome – sport, emocje, adrenalina, Copacabana, słońce, plaża, bikini, no nie brnijmy dalej...
Gdyby igrzyska otrzymał pobożny Kraków, skala buntu sportowej młodzieży całego świata mogłaby jednak przekroczyć tę spowodowaną przez zdradziecki wirus Zika. Bo w automatach byłaby co najwyżej cola, a samo gorszące słowo kondom nikomu nie przechodziłoby przez usta.

 

Z tej samej kategorii