Majewski, czyli jak mistrz idzie na żebry

Tomasz Majewski
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl

Tomasz Majewski został szefem lekkoatletyki na Mazowszu i zaryzykował więcej niż gdyby został prezesem PZLA. Mistrz kuli przywykł wszak do splendorów – od pewnego momentu wszystko przychodziło mu niejako „samo”: stypendia, nagrody, sponsorzy. Teraz – jak sam to określił – będzie musiał chodzić „na żebry”. Zabraknie zaś okazji do chwalenia się medalami, zbierania pochwał, zgarniania splendorów...

Miał psychikę idealną dla sportowca, co zostało stwierdzone naukowo po wypełnieniu testu składającego się z sześciuset pytań. W historii badań na przestrzeni lat wyszło, że w Polsce tylko on i Waldemar Legień wykazali tak niski poziom lęku, tylko ich cechował wyjątkowo duży spokój wewnętrzny, tak bardzo pożądany w przypadku zawodowych sportowców.


To by tłumaczyło - oprócz oczywiście sportowej formy, treningu, itp. - dlaczego obaj wygrali igrzyska olimpijskie dwa razy z rzędu: dżudoka z Bytomia w 1988 roku w Seulu i cztery lata później w Barcelonie; kulomiot Tomasz Majewski w 2008 roku w Pekinie i za cztery lata w Londynie.

I zarazem w jakimś sensie wyjaśnia, dlaczego człowiek, który bił wszystkich młociarzy na głowę przez dwa ostatnie lata, dał totalną plamę na igrzyskach w Rio de Janeiro, a wcześniej w Londynie.


Majewski to fenomen, który w polskim sporcie może długo się nie powtórzyć. Przez niemal dziesięć lat rok w rok oswoił nas z myślą, że jest kandydatem do medali na wszystkich imprezach, w których startuje; w przyszłym roku ten „automat” się zatnie - pozostanie tylko oglądanie archiwalnych nagrań. A słynna bandana, którą zakładał na czoło w trakcie olimpijskich konkursów, trafi do Muzeum Sportu i Turystyki.


Czy ów kawałek szmatki stanie się teraz relikwią, do której będą pielgrzymować kibice?

W każdym razie olbrzym z mazowieckiej wsi zrobił wiele, by pchnięcie kulą przebiło się do powszechnej świadomości. Aczkolwiek nigdy nie był medialnym szołmenem - skalą temperamentu i osobowości idealnie wręcz komponował się z tą nieefektowną konkurencją - ani tym bardziej typem kolorowego ptaka rzucającego dowcipami, wykłócającego się z trenerem, czy gubiącego medale w taksówce. Jeżeli już, to imponował oczytaniem, rozległymi horyzontami, wreszcie rolą spełnionego męża i ojca.


Mimo to - a może dlatego - nazwisko Majewski stało się na przestrzeni lat symbolem sukcesu sportowego, ale także życiowego i finansowego. I na tym wizerunku chciałby teraz „pojeździć”; w sumie kto, jak nie on miałby do tego prawo? Właśnie został szefem całej lekkoatletyki na Mazowszu – to niespotykanie rzadki przypadek, by w ciągu miesiąca z czynnego zawodnika przeobrazić się w czynnego działacza, i to od razu w fotelu prezesa. Życzyć mu trzeba jak najlepiej, ale wróżę w nowej roli kłopoty.


Zwykle po zakończeniu karier wielcy mistrzowie dają sobie trochę czasu na rozeznanie, w jaką stronę podążyć, co ich kręci, gdzie zainwestować. Fakt, że się nieco dorobili, daje im komfort, a z drugiej strony trzydzieści kilka lat to wiek, w którym energia wciąż rozpiera i pcha do życiowej aktywności. To nie jest jeszcze czas na odcinanie kuponów i zasiadanie w loży ekspertów.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~vUżytkownik anonimowy
~v :
No photo~vUżytkownik anonimowy
Panie redzktorze Mucha!Pan nie pisze prawdy,Majewski to kulomiot a Pan pisze cytat,,I zarazem w jakims sensie wyjasnia,dlaczego czlowiek,ktory bil wszystkich mlociarzy(blad to kulomiot)na glowe przez ostatnie lata,dal totalna plame na igrzyskach w Rio de Janierio,a wczesniej w Londynie"W Londynie zloto a nie plama!!!!!
9 paź 16 17:07 | ocena:67%
Liczba głosów:3
33%
67%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii