Lider po warszawsku, czyli Piast Kołodziej

Zbigniew Boniek
 /  fot. Łukasz Grochala  /  źródło: Cyfrasport

Zbigniew Boniek, prezes wszystkich prezesów, zbawca i demiurg polskiego futbolu, który to futbol znów – jak w czasach, gdy biegał w krótkich spodenkach - wyciąga z mroków średniowiecza, dał kolejny dowód swojej niezwykłej mocy sprawczej.

Tym razem poróżnił dwóch dziennikarzy - co samo w sobie wcale przecież takie niezwykłe nie jest (ileż to wzajemnych kwasów tu i ówdzie sączy się po redakcyjnych kątach!), ale żeby doprowadzić do cierpkiej wymiany oficjalnych zdań redaktorów jednej gazety, i to uważanej za monolit „Gazety Wyborczej”, to już jest majstersztyk!


Paradoks polega na tym, że w wywiadzie udzielonym „GW” prezes PZPN-u – ulubieniec (z wzajemnością) i dobrodziej przynajmniej kilku kolegów ze stolicy – stanął wobec „warszawki” okoniem; nie podzielił jawnej sugestii przepytującego, że dla dobra polskiej piłki to Legia, a nie Piast Gliwice powinna rywalizować o Ligę Mistrzów; nie solidaryzował się też z trwogą przepytującego go Dariusza Wołowskiego, co to będzie, jak gliwiczanie dokończą dzieła i zostaną mistrzem Polski! Uspokoję państwa: prezes obwieścił, że jednak końca świata nie będzie.


Zaskoczenie postawą Bońka jest tylko pozornie zaskakujące, gdy się pamięta, że choć „Zibi” to bywalec salonów nie tylko warszawskich, ale w ogóle europejskich, pochodzi z „Bydgoszczu” jak mawiał jeden były minister, a więc jednak z prowincji.
Trudno nie solidaryzować się z votum separatum znanego katowickiego dziennikarza „GW” Pawła Czady. Jego słowna, acz kulturalna szermierka z Wołowskim dotyczyła kwestii, jak pytać o to, czy rywalizacja o Ligę Mistrzów takiego klubu jak Piast grozi kompromitacją.


Bo przecież tylko Legia czy (w domyśle) Lech Poznań, kluby kilka razy bogatsze, a więc gwarantujące pewną ciągłość piłkarskiej jakości (?), kompromitacją polskiej piłce nie grożą. Ale walkower z Celtikiem pewnie jeszcze długo będzie przypominał o tym, jak łatwo tej kompromitacji nie uniknąć nawet tak bogatym rybom jak „legunia”, o czym zresztą delikatnie napomknął sam prezes. Pytanie, skąd więc bierze się stołeczne poczucie wyższości wciąż pozostaje jednak pytaniem fundamentalnym i nierozstrzygniętym.


Nie potępiam w czambuł Wołowskiego, bo jego tok myślenia oddaje permanentne zdziwienie jesiennym fajerwerkiem „piastunek”, nie tylko przecież na Łazienkowskiej czy Czerskiej, ale także w samych Gliwicach, za ich miedzą i wielu innych śląskich bratnich miastach ościennych.
Bo co do tego, że ów fajerwerk wkrótce wygaśnie, a najjaśniejsze gwiazdki z Czech, Słowacji i Słowenii szybko znajdą sobie hojniejszych pryncypałów, choćby i w Warszawie, nie ma najmniejszych wątpliwości. Zresztą liga kopać się będzie jeszcze tyle kolejek, że bohaterowie z Okrzei na pewno wkrótce się sami wykrwawią, czego być może ostatnia klęska w Zabrzu jest hiobową zapowiedzią.


I wtedy Piast wróci na swoje zasłużone miejsce według historii polskiego futbolu pisanej w stolicy – do czasów Piasta Kołodzieja.

Z tej samej kategorii