Kto zapłacze za trenerem

Ciekawe będzie obserwować, jaką ręką wyjdzie z Euro Adam Nawałka; czy do końca zachowa swój nienaganny styl, a my o nim uznanie.

POLSKA - IRLANDIA
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Była jesień 2001 roku, polscy piłkarze rozbili Norwegów 3:0, a Stadion Śląski (ech, czasy...) oszalał ze szczęścia, bo po długich 15 latach wreszcie wróciliśmy na wielki turniej, mistrzostwa świata. Sam miałem łzy w oczach, nie wstydziło się ich wówczas wielu rodaków.

Ich „sprawca”, Jerzy Engel, był wtedy chyba najlepszym trenerem na kuli ziemskiej, tak przynajmniej wydawało nam się tu, nad Wisłą, nie tylko dlatego, że o Mourinho - wówczas trenerze klubu Leiria - jeszcze nikt nie słyszał, a Guardiola i Simeone biegali chyżo w krótkich spodenkach - w barwach Brescii i Lazio. Engel wyciągnął po prostu z marazmu reprezentację, wskrzesił nasze marzenia, których drużyny Górskiego i Piechniczka dawno czyniły już realnymi.


Minęło pół roku, a wyrzucany pod niebiosa - dosłownie - selekcjoner, walnął o ziemię tak, że żal było patrzeć. Po klęsce na mundialu w Korei i Japonii nie liczyło się już, że Engel wykonał z reprezentacją wielki skok; że pracował z nią ledwie nieco ponad dwa lata. Dziennikarze Polsatu zwolnili go jeszcze w Azji, co po powrocie zaklepał prezes Listkiewicz. Nikt po nim nie zapłakał.


Smutny los Engela podzielili następcy - inni mistrzowie eliminacji: Paweł Janas i Leo Beenhakker. Oni też wydawali się wybrańcami bogów, skończyli niczym upadłe anioły; pierwszego zapamiętano jako milczka, który na konferencje prasowe wysyłał kucharza; drugiego jako niderlandzkiego aroganta, obojętnego na podpowiedzi polskiej myśli szkoleniowej pod patronatem jej strażnika, Grzegorza Laty. Nikt nie zapłakał.
Osobna historia to Franciszek Smuda, który nie wygrał żadnych eliminacji, ale długo cieszył się niezasłużoną sławą fachowca kipiącego ludową mądrością. Gdy kurtyna opadła, nikt nie zapłakał, wszystkim ulżyło.


Nie było łez, gdy żegnali się z posadami autorzy największych sukcesów polskiego sportu XXI wieku - Bogdan Wenta z piłkarzami ręcznymi, Raul Lozano i świętej już pamięci Andrzej Niemczyk z siatkarzami i siatkarkami. Było znużenie, była irytacja, nawet niesmak.
Niewielu selekcjonerów odchodzi w glorii; w momencie najlepszym, gdy wydaje się, że - choć czegoś już dokonali - najlepsze dopiero przed nimi.

 

Właśnie byliśmy świadkami rzeki łez, która popłynęła za Kimem Rasmussenem, choć Duńczyk ze swoimi piłkarkami ręcznymi nie osiągnął niczego spektakularnego. Ale po latach sportowej nędzy i niewiary wlał w serca Polek przekonanie, że mogą wygrywać z najlepszymi, a one dwukrotnie ocierały się o medal mistrzostw świata. Same przyznają, że między nimi a trenerem nie zawsze było kolorowo i łatwo, ale gdy ten je opuścił, widać było, jak bardzo tego żałują.


Zaciskając kciuki za biało-czerwonych we Francji ciekawe będzie obserwować, jaką ręką wyjdzie z tej pierwszej prawdziwej próby ognia Adam Nawałka; czy do końca zachowa swój nienaganny, wystudiowany styl rodem z jakiejś nudnej korporacji.

Ogólnopolskie media i „telewizory” głaszczą go tak, że aż mdli, choć każdy inny trener, który tak unikałby wywiadów, jak Nawałka, już dawno ciosane miałby setki kołków na głowie.

Ale może warto było go oszczędzać, żeby za parę tygodni uronić kilka łez...

Z tej samej kategorii