Wyrzucić ten przyciężki puchar!

Działacze sławetnego Związku Piłki Ręcznej w Polsce, przez niektórych sprytnie nazywanego PZPR-em, to dzieci szczęścia. Prezesowskie gabloty w ciągu kilkunastu miesięcy wzbogaciły się o dwa superciężkie puchary z mistrzostw świata! To wydarzenie bez precedensu.

Leszek Krowicki
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

W liczbie splendorów na rok kalendarzowy może im dorównać tylko federacja francuska, o ile dziewczyny znad Sekwany, tak jak ich koledzy, pokuszą się o triumf w trwającym właśnie niemieckim czempionacie, choć po prawdzie będzie im trudno zdystansować Norweżki. A wtedy w dubeltowym rankingu wszystkie wiodące handballowe nacje zdystansuje kto? Polska! Bo norweska drużyna wikingów w styczniu zdobyła ledwie srebro, gdy Tałant Dujszebajew jako pierwszy uszczęśliwił nas pucharem prezydenta.
Żarty na bok, bo te puchary - osobiście wręczane przez nieśmiertelnego doktora Hassana Moustafę (rządzi światowym handballem od 2000 roku) - chciałoby się wyrzucić do kosza, a najlepiej z głów. Ale trzeba się z nimi zmierzyć i przyjąć na klatę, a raczej na pierś, choć Karolina Kudłacz-Gloc i koleżanki dobrze wiedzą, jaki to trudny ciężar. Klęska - przepraszam, ale tak trzeba ocenić brak awansu z grupy, z której wychodziły aż cztery z sześciu zespołów - piłkarek ręcznych w Niemczech mnie zasmuciła, bo Leszek Krowicki jak mało kto wydaje się odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Ale jednak dzisiaj jest trenerem przegranym, co niemal w każdym ujęciu telewizyjnej kamery obrazuje jego mowa ciała. Przybity głos, błądzący wzrok, spuszczona głowa - wszystko to świadczy o jego podłym stanie ducha, na którym zaważyło dwadzieścia minut jednego, „prawie wygranego” meczu.
Jak można było przegrać z Czeszkami, prowadząc jeszcze w drugiej połowie pięcioma bramkami? Krowicki pewnie do teraz drapie się po głowie. Racjonalnie zrozumieć to trudno, bo nasze dziewczyny miały wszystkie atuty w swoich rękach. Kontrolę nad meczem, a w zapasie świetny start w turnieju, jakim było pokonanie Szwedek, a jeszcze wcześniej znakomity turniej towarzyski w Rumunii. Pewności siebie nie mogło im brakować, a jednak...
Przytoczę tu wymowną historię, gdy reprezentacja Bogdana Wenty tuż przed mistrzostwami świata w 2007 roku, na których zdobyła srebrny medal, wygrała sparing z Rosjanami. „Po meczu - wiadomo - euforia! Cieszymy się, że udało nam się ograć mistrza olimpijskiego, czujemy się jakbyśmy byli mistrzami świata. Nagle do szatni wpada wściekły Bogdan. Co to kurwa jest!? Świętujecie, a to jest jakiś mały turniej, który nic nie znaczy! Zniszczcie ich na mistrzostwach, nie tutaj! („Grzegorz Tkaczyk. Niedokończona gra”, Wydawnictwo SQN).
Czy Polki zbyt szybko się ucieszyły? Były zbyt pewne siebie? Zrozumienie fenomenu, dlaczego dziś to „Trzy korony” będą biły się o finał, a triumfujące nad nimi przed dwoma tygodniami Polki liżą rany na obolałej psyche w swoich domach, będzie na wagę złota i może stać się zaczynem odwrócenia ról. Zawodniczki tłumaczyły, że zgasły fizycznie - kosztujący je wiele energii bój ze Szwedkami kończyły ledwie 18 godzin przed kolejnym. Problem wydaje się jednak bardziej złożony, a rozwiązania trzeba szukać w głowach, w mentalności. Wszak od „zawsze” było wiadomo, że to mecz z Czeszkami będzie kluczowy i że gramy go dzień po dniu. Czy mogło braknąć sił w drugim dniu imprezy obliczonej na dwa tygodnie?
Więc co? A może zbyt wąska ławka? Krowicki przez ponad rok sprawdził dziesiątki zawodniczek, selekcja była szeroka, a mimo to w godzinie próby mógł postawić tylko na garść tych niezastąpionych. Te zaś nie były w stanie w ciągu jednej doby zagrać dwóch dobrych spotkań. Dodajmy, że najlepsza z nich ledwie pięć miesięcy wcześniej rodziła dziecko... Więc może inne niedostatki... „Nikt nie byłby w stanie w kilka tygodni nadrobić zaniedbań w szkoleniu, które powstały przez wszystkie ostatnie lata. System szkolenia kuleje, a bez tego nie da się osiągać dobrych wyników w rywalizacji dorosłych. Związek radzi sobie organizacyjnie i finansowo, ale nie dba o szkolenie. Osoby, które za to odpowiadają zupełnie sobie z tym nie radzą” - grzmi na łamach „Przeglądu Sportowego” były selekcjoner reprezentacji Jerzy Ciepliński. Może i to tłumaczy, jak sportowo zmarnowano całą dekadę od srebra drużyny Wenty. W styczniu Polaków w ogóle zabraknie na mistrzostwach Europy?
Na Krowickim wiesza się już psy, wszak to już druga impreza pod jego kierunkiem - po ubiegłorocznych mistrzostwach Europy, która kończy się w ten sam sposób. Warto w tym miejscu przypomnieć jednak, że zanim Kim Rasmussen - który teraz stłukł nas z Węgierkami - dwukrotnie doprowadził Polki do czwartego miejsca w mistrzostwach świata, dwa razy przegrywał eliminacje do najważniejszych imprez, choć miał pecha, trafiając po drodze na zawsze silne ekipy Rosji i Danii.
Pewne jest, że trzeba wyrzucić precz wszystkie puchary prezydenta, Krowicki na pewno nie będzie się nimi chwalił, niech sczezną w prezesowskich czeluściach. Ale, że z rekordowego dorobku roku 2017 powodu do dumy ktoś sobie nie zrobi, za to już nie ręczę.

 

Z tej samej kategorii