Boniek, czyli warkot psów

Nie wiadomo, co chce ukryć PZPN, który uznaje się za instytucję niezależną, więc rzekomo nie musi się przed nikim tłumaczyć. Nie pojmuje jednak, że każdy obywatel ma prawo sprawdzić, jak zostały wydane pieniądze z jego podatków, a Watchdog robi to właśnie za niego

Trening przed meczem Polska - Czarnogora
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

„Pittbull. Ostatni pies” już dziś zapowiada się na kinowy przebój 2018 roku, choć na planie ledwie padł pierwszy klaps. Ale po tym, co wyznał niezawodny Boguś Linda, ruszyło niecierpliwe odliczanie do premiery. W internecie furorę robi nagranie ze spotkania z aktorem, który z charakterystyczną dla siebie swadą opowiada ubawionej widowni, jak to odmówił udziału w filmie reżyserowi Władysławowi Pasikowskiemu, autorowi pamiętnych, nomen omen, „Psów”. Gdy Linda został poinformowany, że główną rolę zagra piosenkarka Doda - a od niedawna niejaka Dorota R. - odpowiedział NIE, co miało spotkać się z błyskawiczną i ciętą jak brzytwa ripostą reżysera, cytuję: „Ty chu...u!”. W ten sposób najsłynniejszego psa zabraknie w obrazie jego końca.
Czy ze stratą dla rodzimej kultury, dopiero się przekonamy, choć puentę opowiastki trudno będzie przebić. Skojarzyła mi się z historią znacznie bardziej poważną, w której główną rolę odgrywa Zbigniew Boniek. Prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej nie ośmieliłbym się oczywiście zrównać ze wspomnianą śpiewaczką, ani tym bardziej zwykłym szczekaczem; to raczej bulterier polskiego futbolu, ale psy też się tu pojawią, spokojnie.

Z dzisiejszym Bońkiem jest kłopot, bo jego pozycja numer 1 w krajowym futbolu jest niekwestionowana, a zarazem facet ewidentnie strzela sobie w stopę. Ten świetny piłkarz, później mało wydarzony trener, a następnie obrotny menedżer to dziś synonim – obok Lewandowskiego i Nawałki – spektakularnego sukcesu polskiego futbolu. Sukcesu co prawda sprowadzającego się praktycznie do samotnego fajerwerku reprezentacji, powiązanego jednak z boomem medialnym i finansowym.
Ten ostatni jest tu kluczem. Bo - jak słychać z wielu ust - tam, gdzie pieniądze, tam Boniek, on jest ich mocą sprawczą, a zarazem kasa się zwyczajnie do człowieka sama lepi, sponsorzy włażą drzwiami i oknami, prezes sam rządzi i dzieli, a tortem najadają się coraz szersze kręgi „połączonych w piłce”.
Pytaniem pobocznym jest, czy gdyby kadra dostawała w kuper, tak jak dostawała w erze przednawałkowej, miałby czym dzielić, ale to już co najwyżej historia alternatywna niczym Europa w XXI wieku pod rządami sukcesorów Adolfa Hitlera.

A propos historii - dygresja. TVP Kultura przypomniała ostatnio dokument „Mundial. Gra o wszystko”, w którym sukces piłkarzy w mistrzostwach świata 1982 roku ukazany jest z perspektywy wprowadzonego ledwie pół roku wcześniej w Polsce stanu wojennego. Zabawna, ale i wymowna w swej istocie jest scena, gdy w studiu telewizyjnym po zwycięskim meczu o trzecie miejsce z Francją słynny Jan Ciszewski przepytuje bohaterów meczu z Alicante. Na kanapie siedzi już rozwalony niczym cesarz Zbigniew Boniek, powoli dochodzą kolejni, w tym selekcjoner. Antoni Piechniczek przycupuje kątem do gwiazdora, który nawet nie zerknie, ledwie dygnie i wcale nie zamierza się przesunąć, by zrobić szefowi choć odrobinę więcej miejsca na ciasnej wersalce.
Minęły trzy i pół dekady, a Boniek wciąż rozstawia po kątach. Dziś na twitterze, skąd rozdaje klapsy na lewo i prawo. I choć z polszczyzną nieco na bakier, nie przeszkadza mu to być lwem salonowym rzeczywistości postmedialnej, w której bardziej niż gramatyka i styl liczy się tupet. Reszta może co najwyżej spróbować przycupnąć.

Wracając do tematu, wygląda na to, że rok 2018 będzie nie tylko rekordowym sukcesem „ostatniego psa”, ale też rekordowym w budżecie PZPN, który szacuje go na jakieś 205 milionów złotych. Tymczasem w tej beczce miodu ktoś doszukał się łyżki dziegciu. Otóż od kilku lat organizacja o nazwie Sieć Obywatelska Watchdog Polska upierdliwie domaga się ujawnienia przez PZPN rozliczenia dotacji państwowych, PZPN uparcie i pokrętnie odmawia, ale „patrzący pies” dalej nęka. I w końcu wygrał proces o jawność - Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie potwierdził, że PZPN ma obowiązek podawać informacje o źródłach finansowania i wydatkach. Chodzi o 43 miliony, jakie w latach 2009-16 związek dostał od państwa. Jasne, te 43 bańki przez 8 lat to ledwie jedna piąta rocznego budżetu PZPN-u, właściwie „na waciki”... Ale gdyby chodziło o taki folwark kolarski, medialna zadyma byłaby na sto fajerek, a że chodzi o pięknych, zdolnych i hojnych kopaczy, informacja przebija się nieśmiało i opłotkami.

Co na to prezes? W swoim stylu, bez namysłu: „Stowarzyszenie Sieć Obywatelska - dziwnie brzmi, co to jest?” - chlapnął, jakby był po korepetycjach u niewybrednej posłanki Pawłowicz: „Co to jest jakaś bezczelna sieć obywatelska Watchdog? Kto daje im zlecenia na prawicę? Kto finansuje? Gdzie te „psy” spały przez ostatnie 8 lat?” - pytała niedawno lwica Sejmu RP. Bońka te ujadające pieski też widać cholernie drażnią.
Jego ignorancja jest pozorna, pytanie ma jawny wydźwięk podważający wiarygodność instytucji działającej w interesie obywateli. Organizacja znana jest z tego, że patrzy władzy na ręce. Każdej władzy wydającej środki publiczne. Nie wiadomo, co chce ukryć PZPN, który uznaje się za instytucję niezależną, więc rzekomo nie musi się przed nikim tłumaczyć. Nie pojmuje jednak, że każdy obywatel ma prawo sprawdzić, jak zostały wydane pieniądze z jego podatków, a Watchdog robi to właśnie za niego.

Wyrok sądu jest nieprawomocny, piłkarski związek niestety zapowiada odwołanie. „Liczymy, że PZPN nie dołączy do instytucji takich jak te Tadeusza Rydzyka, które ukrywają swój budżet” - warknął „pies”. Co na to najmądrzejszy sportowy prezes w Polsce? Może w duchu chlapnął sobie Pasikowskim, ale ważniejsza jest odpowiedź, czy w końcu się przesunie.

 

Z tej samej kategorii