Dlaczego z Fajdka opadła zbroja

Paweł Fajdek
 fot. Tomasz Markowski  /  źródło: newspix.pl

Rok temu drżeliśmy, czy obłędnemu rycerzowi złoty medal odda pekiński taksówkarz. W Rio nie było nawet czego szukać.

Znacie państwo ten dowcip? Kto najbardziej stracił na porażce murowanego kandydata do złota olimpijskiego w rzucie młotem, Pawła Fajdka? Taksówkarze w Rio.

Dla niezorientowanych ściąga z nieodległej historii: rok temu właśnie w taksówce polski atleta zapodział najcenniejszy medal mistrzostw świata. Przypomnijmy, że medal się znalazł. W Rio nie było czego szukać. Było za to co oglądać, o czym za chwilę.

 

Przyznam, wśród wielu bohaterów mojej wyobraźni Fajdek znajduje miejsce szczególne. Dla dziennikarza nie ma nic lepszego: świetny sportowiec, który niemal co roku - oprócz sukcesów - dostarcza też tematów „pobocznych”: oprócz epopei pekińskiej wymieńmy jeszcze trzy spalone rzuty w eliminacjach igrzysk w Londynie, groźbę wytoczenia procesu sądowego starszemu koledze z reprezentacji za rozsiewanie plotek o dopingu, który młociarz miał rzekomo brać, czy trafienie młotem w nogę wiekowego trenera, doktora Cybulskiego. A to pewnie i tak nie wszystko.

Doktor zawsze mawiał, bez wyrzutu zresztą, że Fajdek to taki „gołębiarz”, czyli charakter niełatwy.

 

No i do tego cały misternie budowany sztafaż. Atleta ów wydaje się modelowym typem sportowego mistrza naszych zwariowanych czasów: dużo ciała obwieszonego - niczym figura egipskiej bogini - błyszczącymi kółeczkami i „wydziaranego” malowidłami, które w zamyśle modela miały stworzyć zbroję z godłem narodowym. Całość wieńczy, nieukryty pod żadnym żelastwem, figlarny loczek spadający dyskretnie na czoło.

 

I w tym rynsztunku, na dodatek pociągając nosem, heros nasz biało-czerwony nagrał melodramatyczny monolog godny filmowego Orła w konkurencji wszystkich polskich dramatów w Rio. Takiego samobiczowania nikt z naszych poprzetrącanych orłów w Brazylii nie dokonał, choć wydawało się, że Fajdek będzie ostatnim z tych, który będzie musiał.

 

Na tle swoich kolegów, zwłaszcza tych zza wschodniej granicy - zaczesanych do bólu poprawnie, choć z mocno pokręconymi i wątpliwymi karierami - rycerz nasz obłędny, przyznajmy to, wygląda nieco groteskowo. Ale, że świat jest przewrotny, od trzech lat to on miał prawo zrywać z rywali boki, a nie na odwrót.

To on wygrał kilkadziesiąt konkursów z rzędu, dwa razy został mistrzem świata i to on jeden bez zmrużenia oka regularnie rzucał metalową kulą na łańcuchu ponad 80 metrów - co dla niemal wszystkich pozostałych konkurentów stanowi barierę nie do pokonania. I gdy wrócił z tego nieszczęsnego Rio, znów jak gdyby nigdy nic, pierdyknął w niedzielę na "Narodowym" pod 83 metry, co w Brazylii dałoby mu olimpijskie złoto.

 

Pewnie nawet obudzony w środku nocy Fajdek wstałby, wszedłby do koła i rzucił te osiem dych nie otwierając oka. Problem w tym, że w środku nocy Fajdek oka często zamknąć nie potrafi.

Czyż każdy z nas czegoś podobnego jednak nie przeżywał? Albo z powodu przeżytych emocji, albo z racji czekającego nas czegoś bardzo ważnego, długo nie możemy zasnąć, a gdy już świta i pora by wstawać, dopada nas drzemka, która kończy się gwałtownym i histerycznym wybudzeniem.

Nie zamierzam atlety oczywiście tłumaczyć, taka jest wersja porannej klęski samego rycerza: nie obudził się, zapomniał jak rzucać, w końcu się przeraził i poległ. Krąży jeszcze kilka wersji innych, może poznamy je z czasem.

 

Na pociechę - choć marną - trzeba przywołać, że nie tylko młociarzowi zbroja opadła, a najgłośniej słychać było huk tej z buńczucznego 800-metrowca Kszczota, kolejnego mistrza wszystkich mistrzostw „pozaigrzyskowych”.

Fajdek, Kszczot oraz dziesiątki pozostałych upadłych polskich sportowców i tak może dziękować losowi: gdyby byli obywatelami Zimbabwe, za marnowanie państwowego grosza oglądaliby już świat zza krat. A tak przez cztery kolejne lata będą nas mamić swoim olimpijskim snem. Oby do Tokio!

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~ZonkUżytkownik anonimowy
~Zonk :
No photo~ZonkUżytkownik anonimowy
Buńczuczny niestety jest ten artykuł, a nie wymienieni sportowcy. To nie Pan jest poszkodowany brakiem sukcesów tych sportowców tylko oni sami, a wzmianka o Zimbabwe brzmi jak żałosna postawa „bo ja płacę, więc mi się należy, aby oni medale zdobyli”. Właśnie w obliczu takich artykułów nie dziwią słowa pana Kszczota o stanie mediów i szumu wokół ME w lekkiej atletyce, wszędzie tylko wymagania, nakręcanie bańki i krytyka po niepowodzeniach, bo to przecież ich psi obowiązek, aby wrócili z samymi złotymi medalami. Tylko że w sporcie już tak bywa, że czasami po prostu nie idzie, ale mało kto jest w stanie to zrozumieć i zaakceptować.
3 wrz 16 17:17 | ocena:100%
Liczba głosów:2
100%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~curesUżytkownik anonimowy
~cures :
No photo~curesUżytkownik anonimowy
Pan redaktor na siłę próbuje być zabawny, nie szczędząc uszczypliwości polskim sportowcom. Wnioski są znane, za duża grupa ludzi pojechała na igrzyska, dla części sam awans był zapewne zwieńczeniem wysiłków i kresem możliwości sportowych. Niezrozumiały, a nawet chamski jest jednak atak na Adama Kszczota. O co chodzi. Że zapowiadał walkę o medal, najlepiej złoty. Nic z tego nie wyszło i dlatego można go wykpić? Mówimy o aktualnym wicemistrzu świata (medaliście drugiej najbardziej prestiżowej imprezy globu) na niezwykle wymagającym dystansie 800 m. Podporządkował wszystko igrzyskom, miał oczekiwania i nie dał rady, ale to nie znaczy, że nie należy mu się szacunek. To zupełnie inny przypadek niż P. Fajdka, okoliczności klęski którego były kuriozalne.
3 wrz 16 19:44 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii