Dlaczego „Gwiazdy” świecą półblaskiem

Gwiazdy
 źródło: Materiał prasowy

No i doczekaliśmy fabularnego filmu o znanym piłkarzu. „Gwiazdy” - przy całym profesjonalnym sznycie - mnie jednak nie poraziły, zaświeciły ledwie półblaskiem. Zawiedzeni będą piłkarscy fani, bo to nie jest stricte kino sportowe, choć promowane jako film o Janie Banasiu, znakomitym napastniku lat 60. i 70., strzelcu pierwszej bramki w legendarnym meczu z Anglią (2:0) na Stadionie Śląskim.

Cała legenda Górnika i drużyny Górskiego, te wszystkie wspaniałe mecze i emocje, nie wybrzmiewa tak, jak można by sobie to wyobrazić. Aspekt sportowy w filmie jest tłem - kolorowym, smacznym - ale tylko tłem.
Z drugiej strony powodów do uprzedzeń nie powinien mieć typowy kinoman, który nie musi omijać filmu szerokim łukiem, lękając się, że trafi na produkcyjniaka-laurkę o znanym futboliście. Jan Kidawa-Błoński zrobił sprawne kino obyczajowe, z historycznym tłem zrozumiałym głównie przez starsze pokolenie, z lokalnym śląskim kolorytem i zapętleniem, ale jednak adresowanym do współczesnego młodego odbiorcy, z wartką akcją i krwistymi postaciami, acz bez głębokich przemyśleń czy poruszeń, no chyba, że uznać za takowe, że warto kogoś kochać... Komu podobała się „Różyczka” tego samego reżysera, inspirowana życiorysem znanego historyka Pawła Jasienicy - z pierwszą większą rolą zjawiskowej Magdaleny Boczarskiej przed „Sztuką kochania” - ten nie wyjdzie z kina zawiedziony.
Najbardziej przekonuje ukazanie, jak niemieckie urodzenie Banasia - Heinza-Dietera Banasa - było jego przekleństwem w totalitarnym państwie, które nie stosowało żadnej taryfy ulgowej nawet wobec narodowych idoli, a legło u podstaw sportowego i ludzkiego dramatu. Uderzyła mnie w filmie demitologizacja „trenera tysiąclecia” - zestawienie obłudnego komentarza Kazimierza Górskiego o braku Banasia w reprezentacji na niemieckie mistrzostwa świata 1974 z faktycznym powodem jego absencji, czyli obawą, że piłkarz ucieknie do „Rajchu”.
Swoją drogą dla nieświadomego widza obraz życia gwiazd futbolu musi być „szokiem poznawczym” - między meczami tylko imprezy, strumieniami lejąca się wóda i panienki - jedna przez drugą, a ta z kolei pod trzecią. Z filmu wychodzimy z przekonaniem, jaki ten sukces sportowy był wówczas - wciąż jest! - łatwy i słodki. Ale jak to powiedział ktoś mądry: wtedy żyło się na całego, piło się na całego, ale grało się też na całego...
Z tej perspektywy słabo wypada aktor w roli Banasia. Jak na „króla życia” którym na przełomie lat 60. i 70. był piłkarz, Mateusz Kościukiewicz gra ze zbyt zaciśniętą szczęką, jakby wycofany. Film kradnie mu Przemysław Fabijański w roli fikcyjnego przyjaciela-rywala o względy dziewczyny. W roli filmowej heroiny modelka Karolina Szymczak. Cóż - pani ma niezaprzeczalne atuty, ale aktorstwo jeszcze do nich nie należy, o ekranowym magnetyzmie nie wspominając.
Ze „smaczków” na uśmiech zasłużył... uśmiech Grażyny Torbickiej, grającej swoją mamę Krystynę Loskę, a na uśmiech baaaardzo szeroki świetny epizod Witolda Paszta. Wokalista zespołu Vox, słynnych na przełomie lat 70. i 80. szansonistów, do roli węgierskiego trenera-hedonisty Gezy Kalocsaya pasuje wręcz idealnie!
Podstawowy kłopot, jaki mam z tym filmem - a z rozmów ze znajomymi, którzy też mieli okazję go zobaczyć, wynika, że nie jestem w tym odosobniony - rodzi, lojalnie przez twórców zastrzeżona, „inspiracja życiem” Banasia. Niestety, niesie ona z sobą poznawcze pomieszanie. Górę bierze, podkręcony fabularnie, materiał fikcyjny, ale skoro film jest tylko w połowie o Banasiu, a w połowie nie, to znaczy, że nie bardzo wiadomo, o kim jest.
Obawiam się, że widz z ulicy, nieobyty z prawdziwym życiorysem piłkarza, który jego historię pozna dopiero w kinie, nie odczyta uniwersalności losu bohatera, a będzie tworzył sobie legendę, zbudowaną wokół jakichś fikcyjnych postaci dziewczyny i przyjaciela-wroga, którego - uwaga, spoiler! - Banaś dźgnął nożem! No prawie morderca!
Tym samym obraz - złożony z półprawd i półfikcji - nieświadomie wpisuje się w dzisiejszą rzeczywistość, w której dominuje tak zwana postprawda. W końcu spoglądając w niebo też nie zawsze jesteśmy pewni, czy nad głową świeci nam gwiazda, czy tylko sztuczny satelita. Ale to mnie drażni.

 

Z tej samej kategorii