Czekając na polski "Spotlight"

Spotlight

Dziennikarstwo sportowe to nie tylko zachwyt nad golami i medalami. Zwłaszcza dziś, gdy sport przeżerają korupcja i doping

Zachęcam czytelników „Sportu” do obejrzenia filmu „Spotlight”, bo być może pozwoli on państwu inaczej spojrzeć na pracę dziennikarzy. Także na naszą pracę, a więc tych, którzy piszą lub opowiadają o sporcie, co - przyznajmy - podlega społecznemu lekceważeniu.


Z jednej strony wszak sport to działka niby drugorzędna, błaha, niewpływająca na nasze codzienne życie, rodzaj pracy czy – szerzej - bieg historii. Z drugiej strony owo lekceważenie wynika też z arogancji - cóż prostszego niż sklecić parę zdań opisu z meczu futbolu, walki bokserskiej czy konkursu skoków narciarskich? Wszak mogę ja, i ja, każdy może! Wystarczy zajrzeć na pierwszą lepszą stronę w internecie lub bloga; w redakcji regularnie zresztą czytamy napływające do nas „dzieła” przeróżnych kaskaderów słowa.


Ten powszechny splot myślenia w połączeniu z wolnością bazgrania, jaką dała sieć - a wraz z tym zalew myślowego prostactwa i grafomanii - sprawiły, że w XXI wieku dziennikarstwo jako zawód się strywializowało i zubożało, nie wyłączając dziennikarstwa sportowego. Kiedyś dziennikarz to było panisko, persona społeczna, liczono się z nim i obawiano; dziś jego status nie różni się niczym od pozycji przeciętnego obywatela, nie wyłączając szacunku i portfela.


Otóż „Spotlight” dlatego jest tak ważny, że - niczym „Wszyscy ludzie prezydenta”, klasyk kina politycznego lat 70. - przypomina, dlaczego nasza praca jest tak potrzebna, co się w niej naprawdę powinno liczyć, ale też, jakie są społeczne koszty jej wykonywania.
Pretekstem fabularnym, prawdziwym zresztą, do ukazania dziennikarskiego mozołu w filmie nie jest sport, lecz pedofilia w bostońskim kościele, ale generalnie nie ma to większego znaczenia. Obraz skupia się bowiem na czymś innym – na żmudnym procesie dochodzenia do prawdy, prowadzonym przez grupę dziennikarzy gazety „Boston Globe”.


A prawda ta ukryta jest za murem milczenia lokalnej społeczności, w tym rodziców ofiar, za wzajemnymi zależnościami i interesami miejskiej elity z kościelną hierarchią, za urzędniczymi i prawniczymi barierami, a nawet zakopana gdzieś w redakcyjnych archiwach - raz była już niemal wyłożona na tacy, ale jej dociekania zaniechano. Najpewniej z powodu lenistwa, wygody i tchórzostwa, bo nie chciano zadzierać z wszechpotężnym biskupem, „grzebać się w gównie” (to niemal dosłowny cytat), z obawy wreszcie przed utratą czytelników, w przeważającej większości katolików.

 

A mimo to redakcja i jej reporterzy odważyli się podjąć temat i "walczyć z wiatrakami"; efektem ich śledztwa była dymisja arcybiskupa, prawomocne wyroki dla oprawców i wielomilionowe odszkodowania dla ofiar. Po drodze było jednak multum przeszkód, nacisków, obaw i zwątpienia.
Na sportową skalę z czymś podobnym mamy właśnie do czynienia wokół Szymona Kołeckiego, znakomicie odnajdującego się społecznie elokwentnego byłego gwiazdora, za którym jednak ciągnie się niejasna dopingowa przeszłość.


Sam film przedstawia oczywiście model funkcjonowania redakcji prasowej w USA – prawdopodobnie zresztą taki, który dziś niewiele ma już wspólnego z aktualną rzeczywistością (drażliwy temat dziennikarze mogą „rozbierać” półtora roku...). Akcja filmu dzieje się wszak w roku 2001 - w rzeczywistości mediów 15 lat to epoka, a może nawet dwie.
Ale istota rzeczy jest uniwersalna. Sprowadza się do tego, że dziennikarstwo to nie peany pochwalne, lecz krytyczne patrzenie na ręce każdej władzy, poszukiwanie nadużyć i łamania prawa, wreszcie wstawianie się za bezbronnymi i skrzywdzonymi.


Dziennikarstwo sportowe zaś to nie tylko zachwyt nad sukcesami, golami czy medalami. Zwłaszcza dziś, gdy wyczynowy sport przeżerają korupcja i doping można sobie wyobrazić, że i u nas - tak jak w Rosji, USA, na Jamajce czy w Kenii - istnieje grupa interesów, która skrywa trudną prawdę: od trenerów i działaczy, przez sponsorów - państwowe koncerny, na politykach kończąc, bo demaskacja procederu uderzałaby także w ich reputację.
By zmierzyć się z tym, trzeba czasu, odwagi, wsparcia i zaufania. Wciąż czekamy więc na nasz polski „Spotlight”.

Z tej samej kategorii