Czarny koń na hamulcu

Polska - Finlandia
 /  fot. Paweł Jaskółka  /  źródło: Pressfocus

Nie możemy uwierzyć, że jest tak świetnie. Kibicowska psychologia, nieprzywykła do zachwytów nad swoimi, właśnie zwariowała

Reprezentację Nawałki coraz częściej uważa się za „czarnego konia” zbliżających się milowymi krokami mistrzostw Europy. Tylko jakoś sami Polacy nie dowierzają, że turniej rozpoczęty we Francji w czerwcu potrwa dla nich do lipca i zakończy się w okolicach rocznicy zburzenia Bastylii.

To, co wyrabiają Lewandowski, Milik, Grosicki i reszta jakoś nie mieści się po prostu w przygaszonych od ponad trzech dekad wyobrażeniach rodzimego kibica, który przywykł góra do trzech meczów w grupie, a potem albo ciskał telewizorem, albo szedł się upić.


Oczywiście, euforię w narodzie widać gołym okiem, nawet na meczach „o pietruszkę” trybuny nie mieszczą wszystkich chcących ogrzać się w blasku sukcesu, moda na reprezentację zatacza już trudne do ogarnięcia kręgi, a standardową szyderę zastąpił niespotykany wiwat, doping i „jeszcze Polska!”.
Nie dziwota wszak – z drużyny nudnej jak flaki z olejem i z porażką w oczach Nawałka stworzył armię pancerną odpalającą lufę za lufą, prącą niczym czołg po kolejną przekonującą wiktorię – jak z Finlandią. A gdy nawet machina się zacina, to albo wydziera rywalowi zwycięstwo łutem szczęścia – jak z Serbią, albo ułańską szarżą w ostatniej chwili desperacko ratuje się przed klęską – jak ze Szkotami w eliminacjach do Euro.


Dwa ostatnie sparingi jeszcze bardziej naród zdezorientowały, bo przecież zwykle już w marcu – gdy przychodziło cyzelować przedmistrzowską formę – mieliśmy przedsmak spodziewanej klęski mundialowej lub kontynentalnej. A tu zdziwko – biało-czerwona husaria kontynuuje przebojowy rajd napoczęty efektownymi eliminacjami i jak jeździła z rywalami, tak dalej jedzie z nimi bez cienia litości, trzymając twardo w górze to, co pozostało w sferze marzeń selekcjonera Wójcika.


Za Engela, Janasa, Beenhakkera czy Smudy bez wielkiej wiary szukaliśmy jakiejś otuchy, że jeszcze przecież trzy miesiące, że z tej nędzy zdążymy się jakoś wykaraskać, że przecież musi być lepiej, że zaczniemy celniej strzelać i lepiej bronić, że na ostatnim zgrupowaniu nastąpi cudowna przemiana... Po czym było tak, że z tego "lepiej" uszy więdły.


A za Nawałki? Dawać już to Euro! Bo forma wykuta na blachę, bo widać, że ta drużyna bez względu na wszystko trzyma jakiś poziom, bo do Nicei posłać możemy nawet trzy jedenastki, a i tak spadku jakości specjalnie nie widać... W Europie autentycznie jesteśmy postrzegani jako cichy kandydat do ósemki, a nawet strefy medalowej, tylko jakoś nie chcemy tego usłyszeć.


Bo zaraz pojawia się w nas odruch zdrowego rozsądku – wszak historia nie nauczyła nas trąbić w zadęcie i samochwalstwo; no i jakby znów ktoś rozbudził w nas zakopaną już podejrzliwość. Przecież to nie może być, że jest tak świetnie; musi być gorzej niż jest naprawdę; morale podbudowaliśmy przecież kosztem europejskich słabeuszy.

Albo: teraz to strzelają, a jak wybije godzina próby, to na pewno będzie dupa zbita, zresztą Lewandowski i Milik do siatki nie trafili; no i grupowi rywale też nie przegrywają albo i gromią, jak Niemcy – i to samą Italię, a nie jakieś wiotkie Suomi...

Słowem hamujemy lejce temu rozpędzonemu "koniu", jak tylko umiemy, a umiemy, że wio!


Wniosek stąd taki, że nasza futbolowo-kibicowska psychologia, nieprzywykła do takich fantastycznych brewerii, właśnie totalnie zwariowała. Nawet samego selekcjonera zdaje się z lekka oszołomiło wysypem gotowych kandydatów do francuskiego wojażu i wciąż prawi wyuczone formułki o dmuchaniu na zimne, zachowywaniu czujności i niezachłystywaniu się. I że wciąż mamy wiele do poprawy...
Naprawdę wiele? A jak to poprawimy, to co? Wtedy to już musimy iść na „majstra”!

Z tej samej kategorii