Morderca z audiotele

Zestawianie ze sobą przedstawicieli różnych sportowych dziedzin na zasadzie „kto lepszy” mija się z celem. No bo jak porównać zwycięskie bramki piłkarza do najdalszych skoków narciarza, wygranych wyścigów kolarza, triumfów tenisisty czy złotych rzutów i skoków lekkoatlety? Który z nich jest lepszy?

Czarnogora - Polska
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Muzyka wciąż grała, ale na parkiecie pozostały tylko panie, a i tak nie wszystkie. Większość gości rodzinnej uroczystości bardziej lub mniej dyskretnie przemieściła się do sali obok z dużym telewizorem. Czwartego szlema Kamila Stocha w Bischofshofen oglądaliśmy w towarzystwie gości z Katalonii - tak to się plecie w tych zjednoczonych europejskich familiach - którzy na nasz amok po finałowym akordzie mistrza skoczni spoglądali z bezczelną obojętnością, czemu dorównać może chyba tylko moje totalne „mamtowdupie” na ich kolejne el clasico.
Na szczęście potem znaleźliśmy wspólny język w kolejnych toastach wznoszonych doskonałym wytrawnym napojem z winnic spod Manresy i rześką Finlandią prosto z Andory.

Gdy jednak wróciłem do rzeczywistości niedzielnego popołudnia, nastrój euforii szybko prysł, bo internet odtrąbił, że zawsze uśmiechnięta żona najlepszego polskiego piłkarza zszokowała sportową Polskę: Robert nie wygrał plebiscytu na najlepszego sportowca 2017 i lejdi Lewandowska zrobiła kwaśną minę!
I się zaczęła jazda po nienasyconej żonie kopacza - nie omijając oczywiście jej rzekomo zbyt wystawnego dekoltu - jakże jaskrawo odmiennej od zakutej po szyję w narodowo-ludowe barwy grzecznej małżonki zimowego czempiona, która zresztą w trakcie gali przeszła na oczach telewidzów Polsatu niezwykłą metamorfozę: zmieniła fryzurę, kolor włosów, kreację, a nawet nazwisko! Realizatorzy w końcu się połapali, ale efekt został osiągnięty: wyskoczył króliczek. Hip hip Hula! Kurtyna...

Więc posłuchałem sobie, pooglądałem, kwaśnej miny nie zauważyłem - dostrzegłem raczej niełatwą umiejętność zachowania się w obliczu porażki. Generalnie poszło o jedno słowo: TEŻ, że „Kamil Stoch TEŻ jest znakomitym sportowcem” - i się rozpętało! Cóż za brak pokory, szacunku i arogancja! Naprawdę? Owszem, dziewczyna wyraziła małe rozczarowanie, że małżonek nie wygrał, ale oddała co cesarskie, cesarzowi. Słowem - klasa.
Dziwne, że nie dostało się innemu piłkarzowi, Kamilowi Glikowi, który nie zmieścił się nawet w „dziesiątce” i wyniki plebiscytu skwitował sarkastycznie: „Jak to było? Kabaret?”. To była oczywista aluzja do słynnego „Le cabaret” Lewandowskiego, gdy ten zajął dopiero 16. miejsce w plebiscycie Złotej Piłki „France Football”.

To wszystko zresztą jest śmieszne. Co roku przecież to samo. Dlaczego Stoch, a nie Lewandowski? Lewandowski, a nie Kubot? Włodarczyk, a nie Kwiatkowski? I tak bez końca.
Zestawianie ze sobą przedstawicieli różnych sportowych dziedzin na zasadzie „kto lepszy” mija się z celem. No bo jak porównać zwycięskie bramki piłkarza do najdalszych skoków narciarza, wygranych wyścigów kolarza, triumfów tenisisty czy złotych rzutów i skoków lekkoatlety? Który z nich jest lepszy? Poza tym pan piłkarz z Polski zawsze ma trudniej - złoto mundialu raczej mu nie grozi, a i Ligi Mistrzów - coś jak Turniej Czterech Skoczni - z rodakami pewnie długo jeszcze nie podbije.

Oliwy do ognia dodał szef Polsatu Sport, który zdradził, że jeszcze na dwie minuty przed zakończeniem esemesowego głosowania prowadził Lewandowski. „Gdy na gali zaczynał śpiewać Maciej Maleńczuk, prowadził jeszcze pan Robert, gdy artysta kończył swój utwór, zwycięzcą był już latający pan Kamil” - wyjawił Marian Kmita. Tym samym obnażył winowajcę „nieszczęścia” - mordercą ambicji państwa Lewandowskich zostało audiotele.

Nie po raz pierwszy. Pięć lat temu to dopiero był rozbój, o piłkarzach nikt w ogóle nie myślał, mieli za sobą klęskę w Euro 2012 na oczach wściekłych rodaków, ale drugi tytuł mistrza olimpijskiego w kuli i miejsce w legendzie przebojem zdobył Tomasz Majewski. Przyszło jednak audiotele i „posprzątało”, bo właśnie - choć był już styczeń roku kolejnego - w narciarskim Tour de Ski rządziła „Królowa śniegu”. I choć w roku, którego dotyczył plebiscyt, sukcesów nie odniosła, sprzątnęła lekkoatlecie frukta, wysyłając mu jeszcze pocałunek śmierci, czyli firmowy uśmiech z telebimu.

Najlepszy - cóż za nieadekwatne tu słowo. Najpopularniejszy - i owszem. Nie wiem, dlaczego głosowania nie można skończyć 31 grudnia - w ostatnim dniu roku, którego plebiscyt dotyczy? To znaczy - wiem. Dopóki jednak nie zrozumieją tego organizatorzy wszelkich plebiscytów, którzy zarobkiem z esemesów pokrywają koszty wystawnej gali, dopóty będą się dziwić, że sportowcy i ich żony traktują tę „zabawę” śmiertelnie poważnie, nie wspominając o tysiącach anonimowych sympatyków, którzy na internetowych forach obrażają siebie nawzajem i swoich bogu ducha winnych idoli. Bo głupie zasady nie łączą, lecz różnią.
My za to w polsko-katalońskim gronie bawiliśmy się setnie i bez zawiści, choć nawet nie próbowaliśmy gościom wyjaśnić narodowego fenomenu narciarskiego skoczka. I może dlatego do jajecznicy nie dotrwaliśmy.

 

Z tej samej kategorii