Co skrywa płaszczyk

Arsenal vs Paris Saint-Germain
 fot. Sebastian Frej  /  źródło: Pressfocus

Żal mi trochę Grzegorza Krychowiaka, choć nie jest pewne, czy z tego samego powodu żal odczuwa sam piłkarz klubu milionerów z Paryża. Chłopak nałożył na siebie kaszmirowy płaszczyk a'la „soviet army” za trzy tysiące euro i od razu stał się obiektem mało wyszukanych drwin.

„Umarłem. Krychowiak marynarzem? Oby na statku szło mu lepiej niż na boisku, bo podzieli losy Titanica” - obwieścił górnolotnie pan twitter. Z kogo się śmiejecie? Sami z siebie?
No fakt, kto nie widział, na pewno bez problemu ów rarytas znajdzie - palto imitujące galowy przyodziewek marynarza wojsk wschodnich w sferze gustu uprawnia do ocen skrajnych.

Skądinąd jednak wiadomo, że nasz bohater, który w wieku 16 lat wyrwał się w wielki świat niemal prosto z nadmorskiego Mrzeżyna, wykorzystuje każdą okazję, by zaprezentować się jako człek światowy. Lubi się więc przebierać w przeróżne futerka, zaszpanować niebanalną bluzką, czy potarganymi gaciami.


Na dodatek dopadł go wirus, który ogarnął większą część zidiociałego globu, a więc zachorował na przemożną potrzebę powiadamiania owego świata o sobie: zobaczcie, oto ja! Ten wirus czyni w mózgu potworne spustoszenia, które dzień bez fotki na instagramie, tłiterze, snapczacie czy fejsbuku każą mu uznać za powód do depresji i definitywnie za dzień stracony.


Pytanie nie od rzeczy, co w tym złego? Otóż złego nic, są na świecie grzechy bardziej śmiertelne niż próżność i potrzeba ciągłej adoracji, a i tak świat ma to głęboko w d.... Problem powstaje, gdy o piłkarzu, którego sportową klasę jeszcze latem wyceniono na ok. 30 milionów euro, więcej mówi jego garderoba niż postawa na boisku.


I w tym kontekście żal mi Krychowiaka, bo - przesiadując na trybunach paryskiego Parku Książąt - ambitnemu piłkarzowi sportowa bessa, w jaką wpadł, musi doskwierać. Gdy poniewierał Ronaldo czy Messim, strzelał gole w finale Ligi Europy i stawiał piekielne zasieki przed rywalami polskiej reprezentacji nikt mu nie wyrzucał fanaberii, przebieranek czy tego, że przez cały boży dzień kupuje buty swojej pięknej Celii. Przekornie - wystarczyło, że przeniósł się do wymarzonej stolicy świata szyku i mody, by stracić swój boiskowy wdzięk.


Żeby jednak nic nie było tak jednoznaczne, jak się wydaje - Sereny Williams też wszędzie pełno: na wybiegach, bankietach, sesjach mody, w teledyskach, ale nikt jej tego nie wyrzuca, bo w niczym nie wadzi to Amerykance, by śrubować rekordy na korcie.

O Agnieszce Radwańskiej słychać inaczej – że w karierze zarobiła już tyle pieniędzy, że interesuje ją wszystko inne, poza tenisem, stąd porażki w drugich czy trzecich rundach.


Nic nie jest proste, w końcu każdy ma jakiegoś bzika, hobby czy innego konika – nikt z nas nie jest wszak całą dobę piłkarzem, górnikiem, budowlańcem, urzędnikiem czy dziennikarzem (teoretycznie) – i ma święte prawo do „życia po życiu”; co robi „po godzinach” powinno być jego prywatną sprawą, a jak chce – niechże i publiczną.


Gdy jednak główna rola degraduje się do drugiego czy trzeciego planu - gdy fikuśny płaszczyk mocno otula niezabłocony wysiłkiem numer na koszulce - a na czoło wyłazi dotychczasowa otoczka, postać nabiera wymiaru własnej karykatury.


Dotyczy to oczywiście najbardziej postaci globalnych, popularnych, znanych - zwłaszcza dziś, gdy w ciągu minuty wiemy o nich wszystko: gdzie są, co jedzą, jak wyglądają, a nawet z kim śpią. Stąd śmiechy z „Krychy” - poniekąd na własne życzenie.

Z tej samej kategorii