A ja się pytam: gdzie jest mistrz jednej narty?!

Kłusak z Jasiczkiem osiągnęli właśnie apogeum chwały: za kilkanaście dni obaj narciarze przemkną w Pjongczangu dyskretnie i niezauważeni, bez względu na to, czy wypadną z trasy, czy do mety dojadą na tyłkach.

Puchar Swiata - slalom mezczyzn w Levi
 źródło: Pressfocus

Tego można było się spodziewać - ogłoszenie nazwisk sportowców, którzy pojadą na igrzyska, mistrzostwa świata czy inne prestiżowe zawody to jest zawsze horror. Są nieprzespane noce, trwoga, zagryzanie zębów, potem histeria i lament, wreszcie maskara piłą mechaniczną albo pogoń z tomahawkiem...
Klasykiem w tej dziedzinie na zawsze już pozostanie selekcjoner Paweł Janas, który na mundial w Niemczech 12 lat temu nie zabrał „pewniaków” Dudka, Frankowskiego i Kłosa. Teraz o mały włos podobny los nie spotkał alpejczyka Kłusaka przed wylotem do Pjongczangu. Ten co prawda i tak był w sytuacji uprzywilejowanej, bo piłkarze o wszystkim dowiedzieli się z telewizora, gdy bezprecedensowa walka narciarza z kolegą Jasiczkiem rozgrywała się przy otwartej kurtynie i jakby on-line: działacze Polskiego Związku Narciarskiego na bieżąco informowali opinię publiczną, że są w kropce, bo nie wiedzą, którego z nich na Półwysep Koreański wysłać...
Szekspirowski iście dylemat „ten czy tamten” naprawdę łapałby za serce i świadczył wzorcowo o decyzyjnym gremium - bo ludźmi myślącymi targają wątpliwości, bo szczegółowo analizują każdą kandydaturę, by na igrzyska wysłać sportowca najlepszego ku chwale Rzeczpospolitej - gdyby nie jedno „ale”: jest typowym samobójem, bo obnażył brak standardów. Rozterki wynikają bowiem z przekonania, że wszystko płynie, więc zasady kwalifikacji do reprezentacji olimpijskiej w dowolnym momencie też można zmienić.
Ostatecznie skończyło się happy endem, a odium trudnej decyzji z wątłych polskich barków w końcu zdjęły organizacje międzynarodowe, przyznając nam dwa miejsca na alpejskich trasach olimpijskich. Okazuje się jednak, że tematu to jednak nie zamyka, bo Kłusak już zapowiedział, że zamierza doprowadzić go do końca: rozliczyć winnych zamieszania i tego, że nie spał po nocach. „To, że znajdę się z PZN na ścieżce wojennej, to już jest pewne. Zresztą w Zakopanem wyciągnąłem już swój tomahawk. Nie odpuszczę, choćbym miał zakończyć karierę” - grzmi narciarz (cytuję za onet.pl).
Działacze PZN posiedli w stopniu niemal doskonałym szczególną umiejętność - czynienia sobie wrogów ze sportowców. O zdesperowanym skoczku Ziobrze i jego filmowym ataku wspominać cokolwiek już nawet nie trzeba, wiedzą wszyscy. Do tego jednak dochodzą szpile, jakie swoim pryncypałom regularnie od wieków wbija Królowa Śniegu, skarżąc się na brak tras do biegów narciarskich i wieczne spychanie na dalszy plan kosztem hołubionych nad wyraz skoczków. Teraz mamy alpejczyka, którego chciano wysiudać na kratkach przed metą.
Zapamiętajmy dobrze całą awanturkę, bo Kłusak z Jasiczkiem osiągnęli właśnie apogeum chwały: za kilkanaście dni obaj narciarze przemkną w Pjongczangu dyskretnie i niezauważeni, bez względu na to, czy wypadną z trasy, czy do mety dojadą na tyłkach. A ja się pytam: gdzie jest w reprezentacji Paweł Babicki, słynny artysta, który niemal całą trasę Pucharu Świata w zjeździe przejechał na jednej narcie?! I co z tego, że był ostatni? Takiego przynajmniej świat by docenił!

 

Z tej samej kategorii