Legia, czyli jak wraca epoka

Arka Gdynia - Legia Warszawa
 fot. Piotr Matusewicz  /  źródło: Pressfocus

26 lat minęło od czasu gdy po raz ostatni polski klub przeszedł rundę w europejskich pucharach „na wiosnę”. Legia w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów 1990/91 wyeliminowała Sampdorię Genua. Kolejnych osiem „wiosennych” prób polskiego zespołu kończyło się fiaskiem. Ale Legia Jacka Magiery przełamała już jedną fatalną 20-letnią serię bez Ligi Mistrzów, więc może pójdzie za ciosem?

Był początek 1991 roku. Jeden dolar kosztował 10 tysięcy złotych, w obiegu pojawił się banknot o nominale jednego miliona, premierem Rzeczpospolitej został Jan Krzysztof Bielecki, Polskę opuszczali pierwsi stacjonujący u nas żołnierze bratniej armii, na Bliskim Wschodzie rozgorzała pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, na ekranach kin triumfalny pochód święciło „Milczenie owiec”, na listach przebojów piosenki z „Innuendo”, ostatniego albumu zespołu Queen za życia Freddiego Mercury, a wyżej podpisany rozpoczynał serię baletów, czyli kolejnych „osiemnastek”.


To wszystko całe 26 lat temu, łza w oku się kręci. Dokładnie tyle minęło od czasu gdy po raz ostatni polski klub przeszedł rundę w europejskich pucharach „na wiosnę”.

Legia Warszawa w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów 1990/91 wyeliminowała Sampdorię Genua, a na ustach piłkarskiej polski byli młody napastnik Wojciech Kowalczyk i uwijający się w błocie między słupkami Maciej Szczęsny. Jego syn Wojtuś sikał jeszcze do góry (miał niespełna rok). Od ładnych paru lat nie zamyka mu się buzia, ale bramkę często zamyka na amen.


Kolejnych osiem „wiosennych” prób polskiego zespołu kończyło się fiaskiem. Dziś podejście numer 9. Klubowe sympatie i antypatie nie mają znaczenia - trzymamy kciuki za Legię, niech dostarczy nam emocji, niech stworzy dwa niezapomniane wieczory, niech się po nich cieszy, a my razem z nią.


Tak jak dwa lata temu z tymże Ajaksem wydaje się, że mistrz Polski ma spore szanse, ale wtedy skończyło się rozczarowaniem i porażkami 0:1 i 0:3, w czym największy udział miał najlepszy naonczas zawodnik drużyny z Amsterdamu nazwiskiem Milik.

Ten, który miał Legię awansować, Miro Radović, w pierwszym meczu siedział na trybunach, odsunięty od zespołu przez Henninga Berga tuż przed chińskim wojażem. Dziś znów Serb ma napędzać jego akcje.


Dwa lata to w klubowej piłce szmat czasu, więc i obie drużyny diametralnie się zmieniły. Legia zdążyła przełamać już jedną fatalną serię, czyli zostać pierwszą polską drużyną od dwóch dekad, która awansowała do Ligi Mistrzów, a potem zremisowała w niej z Realem Madryt i okazała się lepsza od Sportingu Lizbona, czemu zawdzięcza teraz rywalizację z Ajaksem. Gracze zespołu Jacka Magiery podkreślają chórem, jak cenne to dla nich doświadczenie.


Problem w tym, że zimą Legia znów przeszła transformację, tracąc m.in. Prijovicia i Nikolicia. Mają ich zastąpić nowe „gwiazdki”, ale Czech Necid i Nigeryjczyk Chima Chukwu zespołu i kolegów dopiero się uczą. W sparingach i na inaugurację wiosny z Arką (1:0) widać było, że warszawianie mają z przodu kłopot.

„Nie wiemy, czego dzisiaj się po Legii spodziewać, ligowy mecz w Gdyni nie odpowiedział na to pytanie” - zauważa Marek Jóźwiak, jeden z tych, który z boiska pamięta wiktorię sprzed ponad ćwierć wieku w Genui.


Ale na ławce drużyny z Łazienkowskiej jest Magiera, człowiek, który jesienią w kilka tygodni przebojem podbił serca fanów, nie tylko tych najzagorzalszych ze stolicy. 26 lat temu miał lat 14, pewnie oglądał transmisje z Sampdorią. Dziś to stateczny 40-latek, w którym wielka nadzieja, że pewną ręką pokieruje drużyną i natchnie ją do epokowego triumfu.

Z tej samej kategorii