Czas obalić hokejowy mit sprzed 40 lat

Polska - Zagraniczne Gwiazdy Ligi
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Drużyna Jacka Płachty nie musi powalać żadnego radzieckiego olbrzyma, być może nawet wystarczy jej być drugą w stawce ledwie sześciu, by otworzyć w Katowicach nowy wspaniały rozdział hokejowej historii. I znacznie lepszy od tego sprzed 40 lat - bo zwycięski.

Niemal dokładnie 40 lat po tym, jak hokejowa reprezentacja powaliła na kolana radzieckiego olbrzyma w pamiętnych mistrzostwach świata 1976, katowicki „Spodek” znów wypełni się po brzegi, gorąco dopingując biało-czerwonych, którzy spróbują wrócić do hokejowej elity.


Coraz lepsza gra drużyny Jacka Płachty, zaangażowanie sportowych władz, i wsparcie środków masowego przekazu, w tym znaczące redakcji „Sportu”, wykreowały mały boom na hokej, którego świadkami nie byliśmy od kilkunastu lat.


A jeszcze 2-3 lata temu to wszystko brzmiałoby zupełnie nieprawdopodobnie, bo dyscyplina była w głębokim podziemiu, taplając się we własnym błocku podchodów, wojenek i skandali, a reprezentacja spadła niemal na samo dno, do światowej trzeciej ligi.

I wtedy, cztery lata temu, wiatr odnowy przyszedł ze wschodu, choć już nie z ZSRR, wraz z Igorem Zacharkinem. Uznany trener przyniósł swoje know-how, hokeistów nauczył pracować, pozwolił kadrze wstać z kolan i przygotował następcę, bo Jacek Płachta godnie kontynuuje dzieło.

 

Nie ma co ukrywać, że dziś gra reprezentacji wyrasta ponad aktualne zaplecze, bazę i wizerunek samej dyscypliny. Już rok temu w Krakowie zabrakło ledwie jednego zwycięstwa, by Polacy wrócili do ekstraklasy, a wydaje się, że od tego czasu reprezentacja jeszcze podniosła swoją jakość - przekonali się o tym w turnieju przedolimpijskim Węgrzy, rok temu przecież od biało-czerwonych lepsi.


W związku z tym oczekiwania przed biało-czerwonymi wielkie, o czym świadczą wykupione bilety na wszystkie ich mecze. Nie zapominajmy jednak, że aspiracje mają niemal wszyscy pozostali uczestnicy mistrzostw świata Dywizji 1A, w tym drużyny, które w ostatnich latach w elicie grają znacznie częściej niż my, jak Austria, Słowenia czy Włochy.

 

Na pewno „Spodek” będzie dodatkowym atutem polskiej drużyny, tak jak był nim 40 lat temu, gdy skazany na pożarcie polski zespół pokonał drużynę ZSRR 6:4. Tamten mecz obrósł legendą, jest dla rodzimego hokeja niczym Wembley 1973 drużyny Kazimierza Górskiego dla polskiego futbolu.


Najwyższy czas jednak ten mit obalić, bo nie ma w nim przecież dobrej puenty; tamten jeden dzień euforii zakończył smutny finał i spadek z hokejowej elity. Pyrrusowa wiktoria stała się kolejną złotą kartą w katalogu polskich traum, i może dlatego – zgodna z narodowym uwielbieniem celebracji klęsk - jest do dziś tak nośnym i rzewnym wspomnieniem.


Dziś drużyna Jacka Płachty nie musi wcale powalać żadnego olbrzyma, być może nawet wystarczy jej być drugą w stawce ledwie sześciu, by otworzyć w Katowicach nowy wspaniały rozdział historii. I znacznie lepszy od tego sprzed niemal pół wieku - bo zwycięski.

 

A nawet jeżeli znów awansować się nie uda, warto hokejowy boom przełożyć na codzienną pracę i życzyć sobie, by zapał ludzi kierujących związkiem i polskim sportem nie zgasł po tygodniu wraz z ostatnim meczem. Sprawić, by te kilkaset, a może kilka tysięcy rozpalonych hokejowymi emocjami dzieciaków miało gdzie i w czym trenować. I wtedy w końcu na elitę naprawdę zasłużymy.

Z tej samej kategorii