Rewolucja i sprawiedliwość

Wczoraj po raz pierwszy w rozgrywkach FIFA arbiter poprosił o wideoweryfikację. Grały japońskie Kashima Antlers i kolumbijskie Atletico Nacional Medellin.

Atletico Nacional v Kashima Antlers
 źródło: Reuters

Data? 14 grudnia 2016. Miejsce? Stadion w Suicie, mieście leżącym w prefekturze Osaka. Co? Turniej o klubowe mistrzostwo świata w futbolu. Kto? Viktor Kassai. Warto być może te fakty zapamiętać, bo za kilkanaście lat będą przytaczane jako punkt zwrotny światowego futbolu.


Wczoraj po raz pierwszy w rozgrywkach FIFA - konserwatywnej organizacji przez całe lata opierającej się wprowadzaniu do futbolu nowoczesnych technologii pozwalających ograniczyć sędziowskie pomyłki - arbiter poprosił o wideoweryfikację. Grały japońskie Kashima Antlers z kolumbijskim Atletico Nacional Medellin. Węgier Viktor Kassai nie był bowiem pewny czy powinien podyktować rzut karny dla Kashimy. Po obejrzeniu na monitorze jeszcze raz sytuacji postanowił ukarać Atletico jedenastką, którą niejaki Shoma Doi zamienił na gola. Mecz zakończył się sensacyjnym sukcesem gospodarzy - turniej odbywa się w Japonii - którzy w ostatnich minutach strzelili jeszcze dwa gole.


Kto wie, jakim rozstrzygnięciem zakończyłby się ów mecz, gdyby nie wspomniana wideoweryfikacja. Bardzo prawdopodobne, że zespół z Ameryki Południowej dotrwałby z wynikiem 0:0 do dogrywki lub rzutów karnych, a może sam w końcówce zdołał strzelić zwycięskiego gola. To oczywiście gdybanie, ale jeżeli w rywalizacji na najwyższym poziomie, gdy o sukcesie lub klęsce - a więc o sławie i wielkich pieniądzach - często decydują niuanse, można do minimum ograniczyć ryzyko pomyłki, to dlaczego tego nie zrobić?


Krytycy zmian przez lata argumentowali, że ich wprowadzanie niepotrzebnie wydłuża zawody, widowisko traci swój impet i dramaturgię, godząc się z wpisaniem sędziowskich omyłek w niepisane sportowe reguły. Że niby techniczna ingerencja zabija jakiegoś wydumanego ducha sportu - utożsamiając go jednak ze słabszym dniem sędziego, który przecież ma prawo być omylny. I że niby to jest piękne!
Gdyby 30 lat temu była wideoweryfikacja, nie byłoby pamiętnej ręki Boga, którą Diego Armando Maradona pokonał angielskiego bramkarza Petera Shiltona, być może nie byłoby mistrzowskiej Argentyny Anno Domini 1986, być może jeszcze parę innych kontrowersyjnych rozstrzygnięć i wspaniałych triumfów w historii futbolu trzeba by zweryfikować.
Oczywiście nikt nie zamierza tego robić – tamte wydarzenia obrosły już legendą i niech tak pozostanie. Ale kwestionowanie czegoś, co z powodzeniem funkcjonuje na meczach hokeja, siatkówki czy na tenisowych kortach trąci mi ignorowaniem faktów, które pozwalają traktować sportową rywalizację jako bardziej sprawiedliwą. Czyż nie o to powinno chodzić?

Z tej samej kategorii