Szekspirowski Romeo gotów był skonać. Ten z Rijeki od swoich Julii chciałby uciec

Zatrudnienie kogoś o imieniu Romeo musiało skończyć się dramatem – celnie i erudycyjnie wypluł z siebie tłiter. Co prawda, to prawda - mamy oto do czynienia z „Romeo i Julią” na miarę polskiej piłki XXI wieku.

Romeo Jozak
 fot. Krzysztof Porębski  /  źródło: Pressfocus

Romeo Jozak porównał piłkarzy Legii do „panienek”, przepraszając zarazem dziewczyny, które potrafią grać bardziej po męsku niż zagrali w Poznaniu właśnie podopieczni Chorwata ubranego w dres mistrza Polski. „Czuję się przez piłkarzy zdradzony” - zaskamlał ów pan, wyłamując się definitywnie z szekspirowskich ram; wszak Romeo z kart dramatu był gotów za miłość z Julią skonać, gdy Romeo z Rijeki od swoich Julii chciałby uciec jak najdalej. Gdy więc na ich głowy spadł grad jesiennych liści mocno ściskanych w twardych dłoniach ojcowsko zatroskanych sympatyków, biernie się temu przyglądał. A może nawet po cichu kibicował temu linczowi, w poczuciu osobliwej sprawiedliwości dziejowej, tego wszak nie wiemy...


Nie jest przesądzone, czy niekontrolowany słowotok Chorwata był zasadniczym zapłonem haniebnego pobicia piłkarzy na Łazienkowskiej. Na pewno jednak dał alibi, niepisane przyzwolenie na fizyczny atak. Mechanizm agresji jest zawsze ten sam – najpierw idą słowa, za słowami walą po mordach. A więc patrzcie, słuchajcie: to oni są winni, nie słuchają mnie, robią, na boisku, co chcą, albo nie robią nic, to oni odpowiadają za ten koszmar!


No to nie trzeba było długo czekać.

Nawet jeżeli faktyczne sprawstwo tej napaści leży po stronie bandytów mieniących się kibicami, a nie człowieka, który po raz pierwszy w życiu wziął się za prowadzenie drużyny dorosłych mężczyzn (pardon, panienek...), to jest wszak jeszcze pojęcie odpowiedzialności moralnej za czyny, do których można nawoływać, choćby i nie wprost, choćby i nieświadomie. Odpowiedzialność za słowa powinna być tym bardziej wzmożona, gdy dzierżąc ajfona nasłuchuje łeb w kapturze, wzmocniony błogosławionym tatuażem.


Ciekawym, kogo teraz widzi Jozak, patrząc w lustro; raczej pewne jest, że jeżeli kogoś widzą w swoim kręgu piłkarze Legii, Jozaka tam nie ma. Są tacy, którzy uważają, że powinien z miejsca podać się do dymisji, bo jest przesądzone, że między nim a drużyną więzi już nie będzie żadnej, żadnego zaufania, wiary, braterstwa, miłości to już w ogóle nie ma w tym słowniku. Że publicznie krytykując i ośmieszając swoich piłkarzy, nie zdobywa się autorytetu w szatni. Że między nimi a nim wykopał rów nie do zasypania.


A mimo to wciąż trwa. Ale nie dajmy się zwariować, nie ma co zrzucać całej winy na człowieka, którego przerosła sytuacja krytyczna, w jakiej wcześniej nigdy się nie znalazł. Słodką zagadką Mioduskiego, właściciela Legii, pozostanie natomiast, jak komuś tak anonimowemu mógł oddać pod opiekę zespół, który jeszcze niedawno bił się godnie w Lidze Mistrzów, wprawiając w kłopoty sam Real. Że niby dyrektor w Dinamie Zagrzeb? No to zagrzebał do cna, czyli pozamiatał.


W efekcie mamy do czynienia z typowo polską transformacją: Legia dzięki Lidze Mistrzów miała być bogatsza, lepsza, mądrzejsza, wspanialsza, z trenerem na lata; kilka pochopnych i głupich decyzji oraz nieprzemyślanych słów sprawiło, że znalazła się sportowo i wizerunkowo w stanie katastrofy - przynajmniej jak na swoje i kibolskie ambicje.


Nieśmiało przypomnę, że na łamach „Sportu” już trzy tygodnie temu, niemal w momencie zastąpienia na ławce Legii Jacka Magiery przez Pana Nikogo, twierdziłem, że nie będziemy długo czekać aż ten „Romeo musi umrzeć”. No więc wydaje się, że odliczanie rozpoczęło się na dobre.

Z tej samej kategorii