Cuda, modły i szamani

Gornik Zabrze - Podbeskidzie Bielsko Biala
 fot. Rafal Rusek  /  źródło: Pressfocus

Nie ma nic lepszego dla ekstraklasy niż awans Górnika - nie GieKSY, nie Zagłębia, nie wspominając o Chojniczance, Miedzi czy Olimpii.

Musiałem to napisać, choć oczywiście zaraz będę posądzony o bezecne klubowe sympatie i wściekłe antypatie, ale - uprzedzając ataki - pozwolę sobie na wyznanie, że moja jedyna prawdziwa piłkarska sympatia spadła właśnie do trzeciej ligi, a bardzo prawdopodobne, że sezon zacznie jeszcze niżej. No, można się teraz wyżywać, niech tam Polonia zostanie na wieki wieków amen, bo też żadnych oznak ratunku na horyzoncie przynajmniej dekady dla niej nie widać...
Ale nie o tym miało być, tylko o tym, dlaczego nic lepszego nie mogło spotkać „normalnego” kibica - czyli nie fanatycznego - niż wielki come back Górnika; choć to oczywiste - marka, tradycja, prestiż, no i te 20 tysięcy fantastycznych „socios” na stadionie. A zza błyskawicznych gratulacji wszystkich świętych polskiej kopanej, na czele z samym bossem ZB, unosił się wielki oddech ulgi, że do elity wraca właśnie Zabrze ze swoim stadionem „trzy czwarte”, który i tak jednak o cztery długości wyprzedza to, co na Bukowej, na Ludowym, w Chojnicach, Grudziądzu czy Legnicy - najpewniej razem wzięte.
Między wierszami tych radosnych tweetów można było wyczytać, że dwie „Sandecje” w jednym rzucie nawet dla tak dynamicznie rozwijającej się ligi, jak polska, to byłoby cokolwiek za wiele. Skrywane modlitwy wielkich - wszak oficjalnie szczęścia życzyli wszystkim - zostały wysłuchane, cud się ziścił.
Patrząc nieco z boku, trudno nie odnieść jednak wrażenia, jakie pomniejsze cudeńka do niego doprowadziły, na czele z niepodyktowaniem rzutu karnego dla rywali w ostatnim meczu w Puławach. Gdyby nie to, że niewzruszony arbiter przedłużał męczarnie błagających o końcowy gwizdek zabrzan o całe pięć minut plus nieskończoność, pomyślałbym, że... no wiecie, co - że PZPN naprawdę wciąż jest wszechmogący. A tak - przedłużam swoje iluzje.
Awans Górnika to wszakże niezłe pole do parafilozoficznych zadumań, jak wiele w sporcie zależy nie od własnych umiejętności i klasy, ale od zwykłego szczęścia, losu, pecha, fatum - jakkolwiek to nazwać; a także od nieszczęścia rywali, którzy stadnie i konsekwentnie potykają się o własne nogi, ścieląc czerwony dywan akurat dla Górnika. Gdy znów jakiś sportowiec powie mi przed meczem lub biegiem, że liczy na trochę szczęścia - kopnijcie mnie! - naprawdę coś w tym jest!
Można by na tym zadumaniu spędzić całe godziny, jak również na analizie fenomenu jednostki na trenerskiej ławce; ten jeden konkretny od dwóch tygodni na łamach „Sportu” nicujemy przecież na wszystkie sposoby.
Co ma takiego Marcin Brosz - poza napiętym skupieniem oblicza - a czego nie mają Jerzy Brzęczek, Dariusz Banasik czy Krzysztof Warzycha? Dlaczego jemu znowu się „udało”, a tamtym nie? Może kluczem jest ta śmiertelna powaga, no ale przecież tamci to też nie jacyś wesołkowie.
Skąd - mimo wszystkich przeciwności i przegranych bitew - Brosz czerpał tę niezachwianą wiarę, skąd brał siłę do niepopularnych decyzji, branych przez postronnych za szaleństwo? Czwarty awans w karierze - to nie może być przypadek. Spoglądając na rocznik, licealista odpowiedziałby - bo „imię jego czterdzieści i cztery”. A więc szaman, niezachwiany prorok i wódz? No ale Banasik też jest z roku 1973...
A może nic z tych rzeczy? Może żadnego w tym geniuszu i ciągania za sznurki? Może w sporcie wychodzi dopiero, gdy się już nad niczym nie ma kontroli i zdaje na to, co życie przyniesie? Może dwa miesiące temu po klęsce w Kluczborku Brosz machnął ręką, pożegnał ikony drużyny, bo gorzej i tak już nie będzie, czym... zupełnie uśpił rywali. Aż tu nagle zaczęło „żreć”, a cała reszta to już los na loterii?
Co ma Brosz, czego nie ma Warzycha? „Gucio” do spółki z prezesem Patermanem w kiepskim stylu spuścili Ruch z ekstraklasy, choć w Chorzowie skrupulatnie pracowano na to całymi latami. Wodza potrafiącego natchnąć wiarą jakby jednak zabrakło, jakiegoś ducha szaleństwa.
Dziś można tylko gdybać, czy „Niebiescy” uratowaliby się, gdyby na Cichej został Waldek „King”, niesprawdzalne o tym przeświadczenie musi pozostać w inspirującym zawieszeniu. Może Warzycha przedzierzgnie się jeszcze kiedyś w szaty szamana, ale, przyznam, byłbym tym szczerze zdziwiony.
A Brosza, którego radość widzę naznaczoną melancholijnym smutkiem, doskonale rozumiem. Beztroską euforię zakłóca kolejna katastrofa Polonii, prawda szamanie...?

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
~HAnyseKSG :
No photo~HAnyseKSGUżytkownik anonimowy
Panie redaktorze... kibice SOCIOS to nie kibice TORCIDY.
Kibice SOCIOS siedzą na wschodniej trybunie (wzdłuż boiska) a TORCIDA siedzi na trybunie południowej (za bramką).
Pańskiej Polonii Bytom życzę wszystkiego najlepszego - ale już nie kibolom Polonii którzy piknikowym kibicom Ruchu Radzionków a ostatnio nawet ich zawodnikom robią same głupkowate rzeczy (kumaci wiedzą o co chodzi). Zachowują się tak samo jak bydło z chorzowskiego Ruchu które z pełną premedytacją wyszło znów na spacer po Katowicach szukając zaczepki. Dlatego też dno jest na dnie - taka kaRma od losu !!!
11 cze 20:35 | ocena:100%
Liczba głosów:4
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii