Fatalne skutki słuchania radia

Borussia Dortmund - Legia Warszawa. Liga Mistrzow. 22.11.2016
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Pospiesznie wysiadłem z auta, zamknąłem drzwi, poleciałem jeszcze wyrzucić śmieci i, przeskakując w bloku po trzy stopnie, włączyłem telewizor...

Poczucie, że czas zapieprza jak wariat, a życie ucieka w tempie kosmicznym jest zapewne doświadczeniem większości współczesnych. We wtorkowy wieczór ów egzystencjalny banał nabrał dodatkowego wymiaru. Wychodząc z auta redaktor Janisz poinformował mnie w radiu, że Legia prowadzi w Dortmundzie 1:0, co zapowiadało wspaniały wieczór.
W tym momencie pomyślałem, że w głuchym remisie z Realem na Łazienkowskiej coś jednak musiało być; że nie był to fuks nad fuksy i efekt lekceważenia ze strony Ronaldo, który przyleciał do Warszawy rozdać parę autografów i rozegrać sparing na pustym stadionie. Wręcz przeciwnie - tamto 3:3 zaczynało jawić się niczym zaczyn czegoś magicznego, bez mała narodziny jakiejś kiełkującej wielkości, drużyny nieulęknionej, nowej europejskiej potęgi, która w ciągu kilku tygodni przeszła drogę od futbolowego piekła (0:6 z tąże Borussią), do raju...
Ale wracamy do mojego auta - pospiesznie z niego wysiadłem, zamknąłem drzwi, poleciałem jeszcze wyrzucić śmieci i, przeskakując w bloku po trzy stopnie, zacierając ręce, włączyłem telewizor...
To były sekundy, żadna epoka. Niektórym świat wali się jednak w mgnieniu oka albo wraca z chmur na swoje przyziemne tory. Ktoś rozsądnie zapyta - było wysiadać z tego auta? A inny zrobi wykład o fatalnych skutkach słuchania radia w samochodzie. W każdym razie stało jak byk: Borussia - Legia 3:1.
Nicujemy tu na wszystkie sposoby Legię i jej szkoleniowca, a raczej to, co zestaw ów nawyprawiał w Dortmundzie. Proszę nam wybaczyć, ale któż zapewni, że następna taka okazja nie nadarzy się znowu za dwadzieścia lat? Jedni podkreślają aż cztery piłki w sieci gospodarzy na Signal Iduna Park - mina schodzącego do szatni wkur... bramkarza Borussii Weidenfellera była nader wymowna - i przypominają, że trzy dni wcześniej wielki Bayern na czele z supersnajperem Lewandowskim trafił tam nul, zero, nic.
Inni jednak - a za nimi większość piłkarskiego świata - przytomnie zauważą, że osiem goli po stronie strat to jednak na tym poziomie wstyd, że rekordowa liczba bramek w meczu Ligi Mistrzów to wyczyn godny medalu z buraka: nie wiadomo, czy się nim chwalić, czy raczej jak najszybciej zapomnieć. Niestety, miejsce w annałach już ma na wieki, bo nikt - poza Białorusinami z Borysowa - nie bronił gorzej w elicie od drużyny z kraju, który dwadzieścia lat tęsknie wyczekiwał okazji pokopania z wielkimi. No to ma!
Spór o to, czy lepiej przegrać 0:4 czy 4:8 nie jest wcale taki naiwny, jakby się wydawało. Pierwszy świadczy bardziej o przegranych - zero oznacza totalne nic, jakby nie było ich na boisku, nie byli godni marnej wzmianki. Jeżeli zaś kwintesencją futbolu są bramki, no to w drugim przypadku mamy do czynienia z widowiskiem idealnym, futbolem perfekcyjnym, wymarzonym, natchnionym.
Coś tu jednak - przyznają państwo - nie gra, bo to wynik jakby żywcem przeniesiony sprzed dekad, ale od tego czasu kanony doskonałości w piłce się przewartościowały. Już nie jest nim podwórko - gdzie wszyscy marzą tylko o jednym, strzelić gola! Wzorcem z Sevres jest tutaj ciemna kurzawa chłopców okupująca ten fragment boiska, w którym akurat jest piłka, pozostawiającego autostradę do swojej bramki, w której stoi ten najmniej ruchawy.
Gra Legii w Lidze Mistrzów takie podwórko przypomina, ale dotyczy zawodowców, więc ubaw jest podszyty horrorem. Bezdyskusyjnie Jacek Magiera nadał Legii wyraz, którego nie miała za poprzednika rodem z Albanii. Można mieć jednak wątpliwości, czy ów obiecujący szkoleniowiec z jedyną praktyką w Sosnowcu - przypomnę, że z Zagłębiem wygrywał 5:4 - ma świadomość roli defensywy we współczesnej piłce. 0:2 w Lizbonie, 1:5 w Madrycie, 4:8 w Dortmundzie - po każdym z tych spotkań w głosie polskiego trenera czułem podskórną satysfakcję, że co prawda uczymy się od wielkich, ale przegraliśmy tak nieznacznie, honorowo, z klasą. A wkrótce będzie lepiej...
No to czekam teraz na to 1:0 ze Sportingiem. Ale wtedy z auta już nie wysiądę.

 

Z tej samej kategorii