Polska piłka - triumf śmieciowej polityki płac

Na szczycie trenerskiej hierarchii zarabia się krocie, na jej dole są śmieciówki.
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Jeśli naród pyszczył o skoku na kasę i tym pyszczeniem zawrócił Sejm ze złej drogi, byłaby pora poważnie porozmawiać o obowiązkach państwa wobec polskiego sportu wyczynowego.

Okazało się, że jak się dobrze poszuka, to pieniądze w budżecie państwa muszą się znaleźć! Nie było ich na podwyżki dla pielęgniarek, nie było dla nauczycieli, nawet dla górników uskrobało się tyle, co kot napłakał, a tu - nagle - miała pojawić się kasa na klasę, przepraszam, na kastę, polityczną. Miało być skromnie, tanio, bez buty i arogancji, miało być służenie obywatelom, a jeśli więc służenie, to i bez oglądania się na apanaże… Cała nadzieja w tym tylko, że za niedoszłymi podwyżkami pójdzie zapewne obniżka wieku emerytalnego, łagodząca negatywy indywidualnego udoju z państwowego wymiona.

Jeśli zatem naród pyszczył o skoku na kasę i tym pyszczeniem zawrócił Sejm ze złej drogi, byłaby pora poważnie porozmawiać o obowiązkach państwa wobec polskiego sportu wyczynowego. Zostały one drastycznie ograniczone w wyniku przemian ustrojowych ostatniej dekady minionego wieku, a, co ciekawe, stał za nimi były biegacz na średnich dystansach w barwach akademickiego klubu, Leszek Balcerowicz. Za jego sprawą i doktryną, wolna, niezależna państwowość polska definitywnie odżegnała się od roli mecenasa klubowego wyczynu, instalując w to miejsce protezę dotacji samorządowych, przykrojonych wyłącznie do zaspokajania potrzeb sportu dzieci i młodzieży.

Dziś reformy Balcerowicza poddawane są gruntownym przeszacowaniom, ba, zostały nawet zakwalifikowane do miana szkodnictwa gospodarczego, co akurat na gruncie skutków w sporcie da się w pełni udowodnić. Nie wypaliła przede wszystkim wizja polskiego kapitalizmu, którego altruistyczna, niedrapieżna dusza miała uczynić go wydajnym sponsorem wyczynu zawodowego i amatorskiego we wszystkich dyscyplinach, na każdym szczeblu współzawodnictwa. Nic z tych rzeczy; rodzimy kapitał - wbrew prognozom pana ministra dra Stefana Paszczyka, przesiąkniętego do cna hiszpańskimi wzorcami organizacyjnymi - owszem, zareagował na wezwania epoki, ale z pobudek czysto zarobkowych. Ruszył na wyprzódki, ale tam, gdzie liczył na rychłą przebitkę, czyli do klubowego futbolu. Przyjdzie jeszcze pora dokładnego podsumowania tamtego pospolitego ruszenia i modelu zarządzania piłkarskimi spółkami przez takich ludzi jak Ptak, Krzyżostaniak, Niemyjski, Paluch, Bekdas, Król, Wojciechowski, ale już dziś wiadomo, że bilans zysków i strat sportowo-moralnych i ekonomicznych pozostaje na podobnym poziomie.

Z tej samej kategorii