Zwierzenia nawróconego. Czyli pora na wyjazd... na krzywy ryj

Polska - Armenia
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Wielokrotne odmowy podróżowania w charakterze osoby towarzyszącej kadrze narodowej nie będą już aktualne w przypadku wyjazdu na finały mistrzostw świata w Rosji. W eliminacjach już nikt nam przecież nie powinien podskoczyć.

 

Zbieram się z wolna do pakowania juków podróżnych, mimo że do finałów mistrzostw świata w futbolu Rosja 2018 pozostało sporo czasu. Ktoś powie ponadto, że jeszcze wypadałoby wygrać rywalizację z Danią, Rumunią i Czarnogórą, ale z tego, co widać było w Bukareszcie, nie sądzę, aby ktoś nam podskoczył w drodze do Rosji…
Dlatego, aby lepiej przygotować się do twórczego kibicowania na najnowszej odmianie mundialu, sortuję literaturę rosyjską, którą zamierzam się nafaszerować. Długofalowa prognoza sportowa, jaką postawiłem zaraz po skończonych eliminacjach Euro 2016, zakłada bowiem, że na Łużnikach w finałowym meczu spotkają się Rosja z Polską. Dlatego niezbędnym czynnikiem motywującym patriotycznie nastawionego kibica polskiego staje się lektura dzieł Fiodora Dostojewskiego. Gdyby żył on w naszych czasach, z całą pewnością uczyniłby Polakiem negatywnego bohatera „Zbrodni i kary”… Usposobiony bojowo powtórką z Dostojewskiego sięgam następnie do Michaiła Bułhakowa, aby dzięki przypomnieniu sobie jego „Mistrza i Małgorzaty” dodać naszej drużynie nieziemskiej mocy. Doprowadziłbym z pewnością do spotkania Nawałki z Wolandem i podpisania paktu o magicznym wsparciu Lewandowskiego i reszty naszych graczy. Mam nadzieję, że znajdę odpowiednie ustronne miejsce w Nabiereżnych Czołnach, gdzie nie dostrzeże nas putinowska czerezwyczajka…
Wszystkim, którzy podają w wątpliwość mój optymizm, wyrażający się analizą zdarzeń wybiegających w odległą przyszłość, informuję, że zatwardziały od zawsze pesymizm porzuciłem z chwilą przejęcia pieczy nad reprezentacją naszych piłkarzy przez Adama Nawałkę - z krakowsko-śląskiej szkoły trenerskiej. Apogeum wewnętrznej przemiany miało swój wyraz w twitterowej korespondencji ze Zbigniewem Bońkiem. On to, w swojej łaskawości, był uprzejmy zaprosić mnie do francuskiej rezydencji naszej reprezentacji, występującej na mistrzostwach Europy. Miałem być zaszczycony, wraz z wianuszkiem terenowego aktywu działaczowskiego, zaliczeniem 3-tygodniowej wilegiatury na bretońskim wybrzeżu Atlantyku. Niestety, jako osobnik chorobliwie uodporniony na uroki turystyki na krzywy ryj, czyli podróżowania po świecie w roli osoby towarzyszącej sportowcom, grzecznie odmówiłem. Chciałem być wierny własnym poglądom i obronić się przed statusem „przydupasa”, tak bardzo wkurwiającego opinię publiczną.
Początek mojej negatywistycznej postawy wobec zwiedzania świata na taką modłę datuje się od rzeszowskiego etapu mej dziennikarskiej posługi. Wtedy to odmówiłem prezesom Stali Mielec i Stali Rzeszów. Mielczanie lecieli wówczas na Majorkę, aby tam zagrać międzynarodowy turniej, w roli mistrza Polski 1976… Rzeszowianie podążali do walijskiego Wrexham, jako drugiego rywala w Pucharze Zdobywców Pucharów (1975)… Tak naprawdę, najtrudniej było mi rezygnować z roli kierownika wyprawy reprezentacji do Chile i Argentyny. Do tej peregrynacji obiecał prezesowi Dziurowiczowi mnie nakłonić selekcjoner Wójcik. Podobne uczucia targały mną także wtedy, gdy będąc w zgodzie z własnym widzimisię, oddałem bilet samolotowy w klasie biznes do Sydney! Wylosowałem (sic!) go w gronie 35 członków zarządu PZPN (za drugiej kadencji Listkiewicza), ale po 2-tygodniowych męczarniach (mam tam koleżankę z licealnej klasy!), podtrzymałem raz przyjętą linię. Składa się ona z około 20 tego typu odmów, co jak na 20-letni staż betonowego członka władz piłkarskich rozmaitego szczebla pozostaje wynikiem godnym szacunku (brawo ja!).
Aliści wiem, że zaprzeczę samemu sobie, kiedy przyjdzie rozpisywać komandirowkę na rosyjski mundial. Nawet kiedy padnie na grupę eliminacyjną we Władywostoku, z udziałem Polski, kopnę się w tamtą stronę. Dla kogoś, kto w dobie obowiązkowego realizmu socjalistycznego w literaturze musiał zaliczyć lekturę „dzieła” Wasilija Ażajewa „Daleko od Moskwy” taki wypad dziś to żadna ofiara…

Z tej samej kategorii