Pomagierzy Magiery, czyli wiara w odmienienie Legii

Masowa peregrynacja przedstawicieli świata dziennikarskiego do Dortmundu, na mecz Legii z Borussią, jawi się jako przejaw niepoprawnego optymizmu. Także jako przejaw głębokiej nieznajomości sztuki opisywania skomplikowanej materii świata wyczynu.

Borussia Dortmund - Legia Warszawa
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Dwie kwestie świadczą o tym najdobitniej… Pierwsza to naiwna wiara w magiczne zdolności Jacka Magiery, który na zasadzie deus ex machina, w ciągu paru tygodni był w stanie odmienić oblicze zespołu, nad którego degradacją sportowo-moralną pracowano bardzo długo.
Ten przesympatyczny i inteligentny magister heraldyki, czyli nauki pomocniczej nauczycielki życia - historii, wedle rozlicznych dziennikarskich utworów pisanych i mówionych, za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z chwilą wejścia do szatni miał tchnąć w drużynę nowego ducha. Podniósł ją z kolan, poukładał na nowo, zamienił - hokus-pokus - ciężko pobitego słabeusza (Legia - Borussia 0:6) w herosa, zdolnego (w rewanżu) wziąć odwet na zwycięzcy. Wszystko to w okresie startowym, w jego fazie finalnej, kiedy pokłady energii u graczy są na wyczerpaniu i kiedy raczej nie daje efektu żadna forma odbudowy potencjału motorycznego.
Spośród nowych sposobów kształtowania pożądanych postępów zespołu, jakie zastosował Magiera, na uwagę zasługuje metoda szkoleniowa polegająca na dwukolorowości getrów używanych w treningowej grze szkolnej. Chodziło ponoć o to, aby piłkarzom, którzy mieli obowiązek kopać piłkę „słabszą” nogą, łatwiej było rozpoznać właściwą kończynę dolną. Przy okazji udało się wzmocnić czucie mięśniowo-wzrokowe piłkarzy, bardzo ważne zwłaszcza w działaniach defensywnych zespołu.
Dokładniejszych danych na temat tego nowatorstwa szkoleniowego nie podano, choć bardziej dociekliwi instruktorzy w terenie chcieliby wiedzieć, jak wygląda dobór kolorystyki u piłkarzy np. lewonożnych. Mają zakładać białe getry, tak jak ci, co lepiej operują prawą nogą, czy raczej powinni założyć getry czerwone, dla kontrastu chociażby…
Pewne, niekoniecznie dobroczynne, skutki racjonalizatorskiego zapału pana trenera, dało się zauważyć w trakcie meczu w Dortmundzie, zwłaszcza u prawonożnego Jakuba Rzeźniczka, obsadzonego w roli lewego obrońcy. Wspomnianą metodę, moim zdaniem, zbyt słabo przyswoił sobie stoper Czerwiński, mający zasadnicze kłopoty z doborem jakiejkolwiek kończyny w groźnych sytuacjach podbramkowych. Korzystam z okazji, aby wesprzeć trenera Jacka w procesie zharmonizowania koordynacyjnej ergonomiki „Łysego”, więc podrzucam bezinteresownie pomysł, aby partner Michała Pazdana w środku defensywy wybiegał na boisko ubrany w getry dwukolorowe: na prawej nóżce - czerwień, na lewej - biel!...
Drugim ważnym aspektem błędnego spojrzenia na sytuację naszego przedstawiciela w Lidze Mistrzów jest dziennikarski woluntaryzm w ocenie tego, co się kryje za remisem z Realem i dwoma pogromami z Borussią. Kto miał oczy, widział wyraźnie luzackie podejście obu wielkich drużyn do meczów z Legią. Ronaldo z kolegami ani razu nie włączyli piątego biegu, niespecjalnie przejęli się traconymi bramkami, licząc, że o każdej porze meczu są w stanie przychylić szalę na swoją korzyść. Rezerwiści Borussii zaś zafundowali sobie sparing z wyraźnym akcentem na skuteczność w ataku, ostentacyjnie lekceważąc czynności obronne. Żeby było nam bardziej przyjemnie, puścili na plac bramkarza po długiej przerwie, a ten okazał się nieruchliwym misiem, ani w jednym aspekcie nie lepszym od naszego Cierzniaka. Ten zaś puszczał wszystkie strzały idące w światło bramki, poza dwoma, którymi został trafiony…
Masowa turystyka dziennikarska, oparta o rozbudzone przez kolegów niewczesne aspiracje, miała ukryte cele publicystyczne. Do kraju miała trafić atrakcyjne konstrukcja sprawozdawcza eksploatująca cud na kiju: w Warszawie łomot sześcioma bramkami w plecy, a w rewanżu, za sprawą magii Magiery, zwycięski remis! Nic z tego, został jeno ślad po niczym nie uzasadnionym optymizmie. Był nim odprysk urzędowej nadziei wyrywającej się z piersi komentatora Żewłakowa, w chwilę po puszczonej między nogami Cierzniaka ósmej bramce. Mówił, że podważyła ona wielce chwalebny rezultat 7:4…

 

Z tej samej kategorii