Subiektywna lista zaskoczeń

Gatunek felietonowy niespecjalnie nadaje się na podsumowanie połowy rozgrywek piłkarskiej ekstraklasy. Czynnik subiektywizmu zakłóca sprawiedliwość ocen, zwłaszcza niżej podpisanego, z trudem leczącego się z psychiatrycznej jednostki chorobowej, opisanej jako Bruk-Bet Termalica Nieciecza.

Slask Wroclaw - Bruk-Bet Termalica Nieciecza
 fot. Pawel Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Jej czwarte miejsce w tabeli pozostaje fenomenem socjologiczno-sportowym, z jakim polski wyczyn futbolowy nie miał dotąd okazji się zmierzyć. Znamy parametry organizacyjno-cywilizacyjne Niecieczy, znamy pro-słowacki model kadrowy zespołu, mamy przeanalizowanego do bólu trenera Michniewicza, ale rzadko uświadamiamy sobie kobiecą prezesurę tego coraz bardziej profesjonalnego organizmu piłkarskiego.
Pani Danuta Witkowska, trzyma się z daleka od przedstawicieli mediów, uwalnia się od parcia na szkło. Rękę ma dosyć twardą, o czym z lubością potrafi opowiadać trener Radolsky. Posiada nieprawdopodobnie mocną motywację w dążeniu do sukcesu. Za jej manifest uchodzi hymn klubowy napisany przez męża Krzysztofa, właściciela firmy Bruk-Bet. Jest w tym tekście zawarta potężna dawka patriotyzmu lokalnego i jeszcze bardziej wyrazista filozofia tradycyjnie rozumianej polskości, w której sielski dworek z ogródkiem, pełnym malw i słoneczników, zastępuje przedsiębiorstwo produkcyjne mające w herbie… słonia, stąpającego po twardych betonach.
Coś ze słoników jest też w grze drużyny Michniewicza, która lądując na 4 miejscu, przekroczyła zakładany plan wyjściowy, opiewający na miejsce w górnej ósemce. Betonowa obrona zespołowa, wyrównany skład bez gwiazd, daje efekty zwłaszcza w meczach wyjazdowych. I chociaż Michniewiczowi zarzucają niedostatki estetyczne tego modelu gry, on konsekwentnie realizuje doktrynę „najpierw punkty, potem oklaski za styl”. Wdarcie się Bruk-Betu do salonu ekstraklasy uznać należy za niespodziankę nr 1 jesiennej rundy.
Drugą w kolejności okazuje się liderująca stawce Jagiellonia. I tu najbardziej wyrazistymi postaciami jawi się duet prezesowsko-trenerski. Cezary Kulesza - podlaski karmazyn futbolowy - jest na dobrej drodze przekształcenia klubu o statusie folwarczku szlachty szaraczkowej w europejskie latyfundium. Dostrzeżono jego kompetencje również w centrali, desygnując go na funkcję wiceprezesa do spraw piłkarstwa zawodowego. Zastępując niemrawego i bezwolnego wiceprezesa Bogusława Biszofa, gwarantuje ożywienie tej problematyki, nieco zaniedbanej, w dodatku obciążonej niezdrową do końca konkurencyjnością na linii PZPN - ESA. Klub z Białegostoku oparty o pozytywną zmowę wielu sponsorów, pozostaje najbardziej efektywnym i rentownym organizmem, osiągającym bardzo wysokie cele sportowe, a dysponującym raptem budżetem gwarantującym środek tabeli ligowej. Wydajna eksploatacja werbunkowa pogranicza z Pribałtyką i Białorusią, a przede wszystkim szeroka praca z zapleczem, dają Jagiellonii wysoką stabilność kadrową, czyniąc z niej ważnego hodowcę talentów. Ciekawe, że w ten kresowy pejzaż i mentalność społeczności podlaskiej wpisał się z wielkim powodzeniem Ślązak Michał Probierz. Nawet jego bon moty rozdawane w chwilach maksymalnego rozsierdzenia, a także pantomimiczne ekscesy na trenerskiej stójce, przestały razić świętoszków. Nawet oni pojęli, że Michał gra razem z piłkarzami… Pokłady woli skumulowane w nim znajdują okazje do ich transferu prosto do walczącej na murawie drużyny.
Trzecia niespodzianka ma charakter ujemny i dotyczy Ruchu. Status czerwonej latarni godzi w poczucie historycznego ładu i estetyki, budzi podświadomy opór obserwatorów. Niestety, nie wygląda to za dobrze, albowiem niewydolność ekonomiczna w stanie chronicznym, zaczęła się odkładać na samopoczucie zespołu. Opieranie wyczynu ligowego na charyzmie trenera, śrubowaniu wydolności zasłużonych zawodników (Surma, Grodzicki, poniekąd Ćwieląg), eskalacji podpórek kadrowych z zewnątrz, mają swoje granice. Nie pomagają w operacji zachowania miejsca w elicie piłkarskiej nieszczere relacje z chorzowskim ratuszem. Przecież to ostatnia instancja, zdolna wpływać na egzystencję Ruchu. Do tego doszły zaskakująco nietrafne wybory w zjazdowej rywalizacji o prezesurę w PZPN. Mówiąc bez ogródek: ostentacyjne poparcie kandydatury Wojciechowskiego, spotkało się z zenitalnym zdziwieniem piłkarskiej Polski. Czemu miało służyć?

 

Z tej samej kategorii