Nienagła zmiana ról

Michał Listkiewicz i Marian Dziurowicz
 /  fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Było lato 1998 roku; nielegalny - jak się później okazało - anschluss ministra Dębskiego na PZPN, dopiero wchodził w fazę wykonawczą…

W siedzibie związku „Almanzor z garstką rycerzy”- prezes Marian Dziurowicz, zastępca sekretarza generalnego Zdzisław Kręcina i autor niniejszego wspomnienia - członek zarządu - czekają na wkroczenie kuratora z ramienia resortu - mecenasa Pakocy. Prezes, wzywając mnie do Warszawy, dobrze wiedział, że do roli ochroniarza siedziby PZPN się nie nadaję, albowiem w tej fazie konfliktu nie byłem do końca przekonany o uzurpatorskim charakterze działań ministra w rządzie premiera Jerzego Buzka. Chciał jednak mieć naocznego świadka bezprawia, zdolnego przedstawić opinii publicznej szczegóły zajazdu. Więc poświadczam bohaterstwo na polu walki zarówno Dziurowicza - dowódcze, jak i Kręciny - wykonawcze!
Mimo powszechnej paniki wśród załogi biura PZPN przy Alejach Ujazdowskich, obaj stanęli na wysokości zadania. Prezes poprosił kuratora, za pośrednictwem Kręciny, o przedstawienie stosownych dokumentów, upoważniających go do przejęcia sterów w związku. Sam złożył skargę na nieprawne działanie jej członka do stołecznej Rady Adwokackiej, za pośrednictwem pani mecenas Kulińskiej. Pierwszy wariant obrony oblężonej twierdzy przez jej zabarykadowanie, upadł z powodu manewru zastosowanego przez kuratora. Wziął sobie do towarzystwa Michała Listkiewicza, podówczas szykującego się do przejęcia schedy po namierzanym „Magnacie” i już ostro kolaborującego z najeźdźcami.
„Misiu” odegrał rolę „konia trojańskiego”. Ochroniarz, któremu był dobrze znany, otworzył mu drzwi, umożliwiając wkroczenie Pakocy i asystującego mu Jerzego Staronia. Listkiewicz po wykonaniu skutecznej zasłony, zmył się natychmiast, zbiegając na parter galopem, po parę schodów na raz… Prezes, warto o tym pamiętać, zachował się nad wyraz godnie, skutecznie odebrał Pakocy inicjatywę, zmuszając go do odwrotu. Swoją pożyteczną role odegrał Kręcina, formułując emocjonalne dyrektywy w języku obowiązujących przepisów. Wysłannik „Dębola” został zmuszony do wycofania się z misji.
Ta pierwsza, zwycięska potyczka, pokazała dobitnie środowisku, że PZPN nie jest skazany na klęskę w starciu z władzą rządową, dążącą do ręcznego sterowania związkiem. Główny protagonista dzisiejszej opowieści, Marian Dziurowicz, nie żyje od 14 lat (wieczne odpoczywanie racz Mu dać Panie!), tymczasem dwaj bohaterowie drugiego planu - Kręcina i Listkiewicz, dziś zamienili się rolami! „Listek” zajął postawę zachowawczą, uznając czterolecie 2012-16 za okres prosperity polskiego piłkarstwa, Zdzichu poszedł po bandzie, przyjmując funkcję głównego rozgrywającego w obozie futbolowego Nikodema Dyzmy - pana Wojciechowskiego!
Obaj panowie, jak mało kto w tym kraju, z bliska doświadczali organizatorskich talentów Wojciechowskiego, jego kwalifikacji merytorycznych w kierowaniu Polonią Warszawa. Michał, od maleńkości związany z Czarnymi Koszulami, posłał nawet synową do roboty u pana Józka, więc ma wiedzę z pierwszej ręki. W pewnych, zupełnie kuriozalnych zagraniach właściciela klubu z Konwiktorskiej, starał się pełnić rolę amortyzatora skutków jawnej głupoty i hucpy. Zdzisław Kręcina z pozycji sekretarza generalnego PZPN miał oczywisty wgląd w każdy element metodyki i styl zarządzania pana Józka. Nie uwierzę, że cokolwiek z tego zbioru nikiforyzmów, uznał za godne przeszczepienia na grunt ogólnozwiązkowy. A jednak stanął po stronie gościa, wyciągniętego z kapelusza warszawskich cwaniaków, niczym królik…
Musiał wiedzieć, że ta pożałowania godna wersja skoku na PZPN, udać się nie może. Jest mało prawdopodobne, że nie umiał policzyć do stu szabel zjazdowych, zwłaszcza, że gdzie zadzwonił w roli posłańca pana Józka, tam podawano mu czarną polewkę. Ostatecznie przegiął - w mojej ocenie - kiedy nie odradził harcownikom pana Józka, zaniesienia do ministerstwa sportu łże-supliki z donosem na Bońka. W ten sposób historia zatoczyła koło! Pozostaje pytanie: jakimi motywami kierował się niegdysiejszy obrońca PZPN-owskiej autonomii, że dziś przyłączył się do tych, którzy ponownie szukają oparcia u czynników rządowych?

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~curesUżytkownik anonimowy
~cures :
No photo~curesUżytkownik anonimowy
Panie redaktorze vel prezesie! Z perspektywy znajomości wyników ostatnich wyborów w PZPN łatwo o tego typu rozliczenia z "opozycją". Jak się na dodatek weszło do jednego z organów związkowych to wręcz wypada potraktować słownym batem przeciwników. Tych samych zresztą, których przedelekcyjną inicjatywę Pan niedwuznacznie poparł, szastając hasłami o potrzebie obrony demokratycznych standardów w strukturach piłkarskich. Inna sprawa, gdzie ci ludzie mają oparcie, bo nie w kołach rządowych,a pewnej organizacji społecznej, którą tak sowicie wspiera ulubiony przez Pana dziennik. W języku zwykłych ludzi to się nazywa HIPOKRYZJA.
6 lis 16 13:44 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii