Co mi dał gol Domarskiego?...

POLAND U-20 - SWITZERLAND U-20 FOURTH NATIONS TOURNAMENT
 źródło: Cyfrasport

Dołączam do korowodu wspominających wydarzenie sprzed 44 lat, albowiem dostrzegam pewną paralelę pomiędzy skutkami zwycięskiego remisu na Wembley 1973 z dzisiejszym awansem do światowego czempionatu 2018.

Padło na mnie wtedy pisanie sprawozdania z pamiętnego meczu. Wprawdzie nie pracowałem w dziale sportowym „Nowin Rzeszowskich”, ale naczelny zażyczył sobie pióra kogoś spoza branży, nieskalanego rutyną. Nosem ignoranta wyczuwał, że kroi się na tym Wembley coś niecodziennego.
Nie wydaje mi się, aby jego życzeniu stało się zadość: niczego oryginalnego w moim tekście, pisanym pod presją czasu, nie było, zwłaszcza że pisanie relacji na podstawie oglądania transmisji telewizyjnych na dobre rozkwitło dopiero teraz, kiedy w redakcjach oszczędza się, nie tylko na wyjazdach zagranicznych, ale i krajowych. Zatem, nie chwaląc się, powiem, że państwowotwórczy entuzjazm z powodu niebywałego sukcesu został w tekście oddany, a przy okazji podlany sosem lokalnego patriotyzmu. Nie było z tym trudności, bo akcja, z której padła bramka dla Polski była ewidentnym dziełem trójki mielczan, szczęśliwie przez Górskiego wstawionych do składu. Opisałem ją w detalach. Piłkę odebrał Hunterowi Kasperczak przy linii bocznej środka boiska, podał do Laty, ten depnął po lewym skrzydle, dośrodkował po ziemi do Domarskiego, a ten - nieważne, czy mu piłka zeszła, czy siadła - strzelił szczura do sieci, pod pachą Shiltona - 1:0! Tak padła najbardziej spektakularna i brzemienna w skutkach bramka zdobyta przez polskiego piłkarza. Niektórzy starają się ją zrównać z golem Laty zdobytym w meczu z Brazylią, który dał nam srebrny medal w na MŚ 1974, ale osobiście nie dostrzegam znaku równości. Na Wembley miała miejsce koronkowa akcja zespołowa, w Monachium Grzesiu odstawił solówkę, więc jeśli mówimy o sytuacjach w grze, jakkolwiek było, kolektywnej, to wyciągajmy wnioski poważne i logiczne. Na londyńskim placu był też tercet graczy Legii (Ćmikiewicz, Deyna, Gadocha), ale wtedy dla czytelnika rzeszowskiej gazety nawet szarża bez piłki Gadochy, rozrywającego gęstość defensywy gospodarzy, nie została doceniona, chociaż analitycy i historycy ją mocno podkreślają. Duetom wiślaków (Musiał, Szymanowski) i ŁKS-iaków (Tomaszewski, Bulzacki) oraz stoperowi z Zabrza - Gorgoniowi, mój utwór oddawał wielkie zasługi w działaniach obronnych, które akurat w tym meczu okazały się kluczowe i wprost bezcenne.
Wychodząc z nocnej redakcji po oddaniu tekstu prowadzącemu, natknąłem się na tłum młodzieży śpieszącej w szyku zwartym pod blok na osiedlu Dąbrowskiego, gdzie mieszkał Jan Domarski. Tam rozegrała się scena iście szekspirowska, albowiem na balkonie mieszkania spółdzielczego M-4 hołdy przeznaczone dla małżonka odebrała pani domu. Na pewno śpiewano hymn narodowy i sto lat dla chłopaka z rzeszowskiego Czekaja - zawodnika Stali, już wówczas mieleckiej.
Nazajutrz okazało się, że w cieniu „końca świata”, jaki zgotowali triumfujący Polacy angielskiemu futbolowi, pojawił się drobny sukces autora tekstu pisanego pod telewizyjny obraz i narrację Jana Ciszewskiego. Mój naczelny red. Henryk Pasławski, rozczulony awansem piłkarzy i opisem ich sukcesu, postanowił, że w uruchamianym właśnie niedzielnym, siódmym wydaniu „Nowin”, znajdzie miejsce na felieton sportowy - stałą rubrykę mojego autorstwa. Dla większej poczytności zatytułowano ją „Starty i falstarty”, co było grandziarskim plagiatem tytułu chodzącej w „Sporcie” rubryki red. Zbigniewa Dobrowolnego. Po paru tych felietonach wydrukowanych w „Nowinach”, w których zabrałem się dość ostro do zaglądania za kulisy wyczynu Rzeszowszczyzny, pogoniono mnie z łamów. Wtedy pojawiła się propozycja red. naczelnego „Tempa” - Jana Rottera i w tym dzienniku felieton ukazywał się aż do roku 1999, pod zmienionym nagłówkiem („Preteksty”). Kiedy krakowskie pismo znalazło się we własnościowej orbicie „Przeglądu Sportowego”, odmówiłem pisania na potrzeby warszawskiego salonu prasowego. Wolałem przyjąć propozycję red. Andrzeja Grygierczyka i współpracować ze „Sportem”. Czynię to po dziś dzień na chwałę bożą, mając okazję święcić na jego łamach prywatny jubileusz autorski, pozostający ubocznym efektem wiktorii na Wembley…

 

Z tej samej kategorii