Zagłębie jako towar rynkowy

Od jakiegoś czasu z rosnącym zaciekawieniem przyglądam się narastaniu lenniczych tendencji w łonie środowiska klubowego Zagłębia Sosnowiec. Klub - było nie było - sroce spod ogona nie wypadł, tradycję ma niepoślednią, wyrazistą.

Zaglebie Sosnowiec - Chojniczanka Chojnice
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Nie potrzebuje jej podrasowania. Dał polskiej piłce sporo wybitnych piłkarzy, od połowy lat 50. wpisał się w grono rozpoznawalnych podmiotów naszego sportu. Kiedy do ogólnopolskiej pozycji piłkarzy doszlusowali hokeiści i koszykarze, Zagłębie wybiło się do krajowej czołówki wyczynu.
Związane - może najmocniej spośród wszystkich klubów województwa katowickiego - z branżami przemysłu wydobywczego, czas przeobrażeń polityczno-gospodarczych przeżyło w stadiach degradacji materialnej, organizacyjnej i sportowej przede wszystkim. Stanęło nad przepaścią upadku, hodując w sobie raka korupcyjnego (30 ustawionych meczów!) w osobie człowieka, którego zawodnicze zasługi dla klubu zbilansowały się czarną kartą tego procederu. Nie używam nazwisk w tym tekście, więc nie spersonifikuję także zbożnego zjawiska wydobywania Zagłębia ze spirali dołowania moralnego i sportowego.
Dzisiejszy zanik instynktu niezawisłej podmiotowości, wedle mojej intuicji, wziął się z czasu usługowej kolaboracji z klubami krakowskimi - Wisłą i Cracovią. Sosnowiczanie, użyczając im odpłatnie swój obiekt, wpadli w pułapkę klientyzmu wobec silniejszych ekonomicznie partnerów. Trudno, oczywiście, udowodnić ówczesne ujawnianie się symptomów kompleksu niższości wśród ludzi sterujących podówczas klubem, dość na tym, że pielgrzymując podówczas incognito na Ludowy, dostrzegałem je bez trudu. No i wkrótce przyszło do narodzin entente cordiale (serdecznego sojuszu) z warszawską Legią.
Oparty o kibicowski mit założycielski, nieco zabarwiony antagonistycznym, a może nawet separatystycznym, stosunkiem do piłkarstwa na zachód od Brynicy, z sezonu na sezon odzierał Zagłębie z niezawisłości. Miał przynosić obopólne korzyści, aliści owocował głównie funkcją poligonu, na którym ogrywali się nieopierzeni zawodnicy z Warszawy. Jest jasne, że opłacane przez Legię „podrzutki” stanowiły dla Zagłębia ulgę finansową. Co z tego, kiedy - jako przebierańcy - nie mieli zamiaru umierać za nieautentycznego pracodawcę. Nie mogli też stać się żywiołem stabilizującym sytuację kadrową, bo na każdy sygnał z Warszawy mieli obowiązek pakować walizki. Nie mówię, że opisana sytuacja kadrowa miała zasadniczy wpływ na permanentność niepowodzeń sosnowiczan w walce o powrót do raju utraconego, jaką pozostaje ekstraklasa. Była jednakże istotnym czynnikiem bałkanizującym szatnię i pomniejszającym potencjał motywacyjny drużyny.
Teraz, kiedy z sosnowieckiego ratusza, któremu cześć i chwała za syzyfowy wysiłek wydobywania klubu z degrengolady, słyszymy o negocjacjach zbywania większościowych udziałów egzotycznemu duetowi piłkarsko-bokserskiemu, mamy prawo podejrzewać, że mamy do czynienia geszeftem instalowania filii Legii w Sosnowcu! Ani Boruc, ani tym bardziej Fonfara to nie osoby, które mają jakikolwiek tytuł do prowadzenia klubu wyczynowego z ambicjami! Nie pretendują do tego ani z racji wykształcenia, ani tym bardziej z racji stażu w jakiejkolwiek dziedzinie poza prostokątami boiska i ringu. Owszem, są w stanie wysupłać ze swoich sejfów niezbędne pieniądze na wykup Zagłębia, ale przecież na tyle mają rozumu, że inwestycja w klub na drugim poziomie drabiny rozgrywkowej nie rokuje profitów, a wręcz przeciwnie.
Na szczęście, o paradoksie, właśnie ten aktualny status ligowy zapewne odstraszy nabywców, za którymi stoi myśl przewodnia byłego prezesa Legii - Leśnodorskiego. Nikt nie zabierze mu talentów organizacyjno-finansowych, trudno jednak dopatrzyć się w instytucji słupów czynionych z Boruca i Fonfary, wyrazistych, czystych intencji założycielskich. Na moje wyczucie, tak sformułowany deal będzie jedną wielką dogrywką wewnętrznej do niedawna, rozgrywki o Legię z Mioduskim. To będzie jej drugi front, z którego będą wychodzić konkurencyjne grepsy wobec jego władztwa. Zagłębiu w tym projekcie pozostanie rolą pomocnicza, którą w polityce nazywają rolą pożytecznych idiotów.

 

Z tej samej kategorii