Za kulisami topowej loży

W loży się działo... Zwłaszcza po bramce na 2:1.
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Paraliżujący blask sławy roztaczał wokoło zwłaszcza redaktor-prezes Jacek Kurski, którego zastałem toczącego żywy dyskurs z Aleksandrem Kwaśniewskim. Musiał już mieć cynk o wyniku wyborów na prezesa TVP, od których dzieliła niecała doba, bo tryskał humorem.

 

Czuję się poniekąd pomazańcem Czytelników „Sportu”, który dostąpił zaszczytu bytności w pobliżu sfer niedostępnych dla zwykłego zjadacza piłkarskiego deseru. Bywając od czasu do czasu w loży prezydenckiej Stadionu Narodowego, podczas meczu naszej reprezentacji, mam poczucie wdarcia się na Olimp, gdzie bogowie i boginie elit piłkarsko-politycznych wzajemnie ocierają się o siebie. Budzi się wtedy we mnie uśpiony od lat instynkt reportera, wyrywając się do napisania relacji uczestniczącej…
Nie powiem, że byłem jedynym dziennikarzem w roli bywalca i koryfeusza strefy supervipowskiej, bo rej wodzili w niej powszechnie rozpoznawalni mediokraci (Szaranowicz, Borek, Person). Paraliżujący blask sławy roztaczał wokoło zwłaszcza redaktor-prezes Jacek Kurski, którego zastałem toczącego żywy dyskurs z Aleksandrem Kwaśniewskim. Musiał już mieć cynk o wyniku wyborów na prezesa TVP, od których dzieliła niecała doba, bo tryskał humorem, jakby definitywnie znalazł dokumenty Tuskowego dziadka w archiwum Oberkomando der Wehrmacht.
Prezesa poznałem dawno temu, w czasach, kiedy mocno udzielał się jako działacz Lechii Gdańsk, towarzysząc jej w heroicznym wyjeździe do Nowej Huty, gdzie stoczyła mecz o „być albo nie być” w ligowej stawce, z której leciało aż 8 zespołów! Wygrała z Hutnikiem, naszpikowanym takimi graczami, jak Prokop, Wawrów, Moskal, Paweł Nowak, Chmiest, a dysponując jedynie początkującym Zieńczukiem i kończącym karierę Fedorukiem. Zaimponował mi detaliczną pamięcią nie tylko sezonu 1999/2000, ale i dokładną datą tamtego meczu o życie…
Nie narzucałem się zbyt długo olimpijczykom, debatujących o wielkich problemach tego świata, dla których mecz był jedynie przerywnikiem w jego naprawianiu, aliści pozostałem pod wrażeniem wysokiej kultury politycznej rozmówców, jakby nie było, polityków z dwu diametralnie różnych obozów politycznych. Autor hasła „łączy nas piłka”, gospodarz VIP-roomu, Zbigniew Boniek, przejęty nieoczekiwanym przebiegiem meczu z Ormianami, miał na głowie gościa nr 1, czyli prezydenta Andrzeja Dudę, otoczonego wicepremierem Robertem Glińskim, ministrem sportu Witoldem Bańką, swoim ministrem Krzysztofem Szczerskim. Panowie są w dobrej komitywie, bo dr Duda jako wytrawny kibic reprezentacji, zaglądający do szatni, ceni Bońka za stworzenie w niej głodu wielkiego sukcesu, „Zibi” zaś umiejący skracać dystans nawet do Ojca Świętego JPII, pozostaje pod wpływem kompetencji głowy państwa w sprawach piłkarskich.
W ciągu minionego sezonu politycznego relacje pomiędzy elitami politycznymi obozu rządzącego a sferami PZPN-owskimi wyraźnie się ociepliły, wchodząc w fazę kordialności. Niewątpliwym łącznikiem pomiędzy nimi jest senator PiS, Mieczysław Golba, w wolnych chwilach posługujący na Podkarpaciu jako szef tamtejszych wojewódzkich struktur futbolowych. W przerwie meczu dostąpił zaszczytu spożycia eskalopek z dzika w towarzystwie samego prezydenta, delektującego się sałatką z łososia. Sporo wątków integracyjnych wnieśli do loży właściciele Legii: panowie Mioduski, Leśnodorski i Wandzel. Sprawiali wrażenie ludzi bardziej zakolegowanych z ministrami, aniżeli pozostali goście, zwłaszcza z prowincji. Niestety, sami ze sobą w loży nie obcowali aktywnie, ich drogi zmierzające do baru, szatni, nawet miejsc najbardziej ustronnych, ani razu się nie skrzyżowały. Dlatego casus Legii jako tematu troski o stan polskiego piłkarstwa był dominujący, aż do momentu, gdy Marcos Pizzelli strzelił w 50 min gola Fabiańskiemu. Wtedy groza utraty punktów z meczu z Ormiaszkami przekierunkowała tematykę stadionowych pogwarek ku panice.
Zmienności nastrojów nie podlegał jedynie rozległy stolik futbolowych dam, wśród których stoicki spokój narzucały panie Gabrysia Bugdołowa i Elżbieta Nawałkowa, niezachwianie wierzące w sukces naszej drużyny. Ich horacjańska równowaga ducha została nagrodzona zwycięską akcją pary Błaszczykowski-Lewandowski. I ta nagroda w pełni damy zadowoliła, dlatego - w odróżnieniu od męskiej watahy obserwatorów - nie wzięły udziału w wyścigu na dochodzenie do baru, który równo z końcowym gwizdkiem arbitra został oblężony totalnie. Zanim skapitulował ostatecznie, dzielnie stawał, bombardując atakujących ogniem łyskacza i czystego Absolutu…

Z tej samej kategorii