Portki skoczków, nagość ministrów

Maciej Kot
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: Fokusmedia

Jakkolwiek brzmi to niepoważnie, temat jest całkiem serio, co więcej, towarzyszy kadrze Kruczka od pierwszych startów tego sezonu.

Wiadomo, że felietoniści należą do pogrobowców gospodarki zbierackiej. Najczęściej pożywiają się pokarmem spadającym z medialnego stołu i wyszperanym wśród odpadków… Ostatnio mają dobrą passę, bo każdy dzień dostarcza im frykasów tak pożywnych, że mogą popaść w nadprodukcję bodźców twórczych. Wprawdzie tematyka sportowa nie przeżywa tak wielkiej koniunktury jak polityka, dająca utrzymanie kabaretom, ale jeśli się człowiek postara, to inspirację znajdzie nawet w dolnych partiach kombinezonów skoczków narciarskich!

 

Jakkolwiek brzmi to niepoważnie, temat jest całkiem serio, co więcej, towarzyszy kadrze Kruczka od pierwszych startów tego sezonu. Wszystko zaczęło się od trenera Kuttina - pioniera teorii ścisłego związku dalekich skoków z jakością i rozmiarowością odzieży, ze szczególnym uwzględnieniem wysokości stójki kołnierza kombinezonu i niskości miejsca, w którym w okolicach kroku łączą się nogawki. Stójka na górze, obniżony punkt na dole, czynią z kombinezonu latawiec dłużej utrzymujący skoczka w powietrzu i przeciwdziałający skutkom prawa ciążenia!

 

W czasach Małysza i wczesnego Stocha rola projektantów, krojczych, krawców i szwaczek służących swą inwencją kadrze, była systematycznie minimalizowana. Dopiero w tym sezonie, w związku z załamaniem się formy całej czołówki skoczków, sprawa nabrała znaczenia tak oczywistego, że sędziowie sięgnęli po kary dyskwalifikacji. Wpływ polskiej sztuki modelowania kombinezonów, będącej podzwonnym „Cepelii”, najbardziej odczuwają zawodnicy podczas treningów i kwalifikacji. Wtedy sędziowie nie gmerają im centymetrem w okolicach krocza, a tym samym nie stresują wstydliwych chłopaków, co natychmiast ma pozytywne przełożenie na wyniki. Co prawda, to prawda: sumując wygrane kwalifikacje przez Stocha, Kota, Kubackiego, Murańkę i Hulę wychodzi, że wciąż jesteśmy niekwestionowanym mocarstwem nad mocarstwami!

 

Wybrałem odzieżowy doping narciarzy jako najważniejszy temat do felietonowego ujęcia, ale po lekturze twitterowego wpisu byłego reprezentacyjnego piłkarza i eksperta Polsatu - Wojciecha Kowalczyka - zaczynam mieć wątpliwości, czy aby nie przeceniłem zjawiska. Wojtek stanął w prawdzie i zapytał z grubej rury, czy w Polsce są szanse na wyłonienie „czystego” ministra sportu. Pytanie zawiera w sobie retoryczne elementy negacji, aliści pod warunkiem, że stawiający zagadnienie nie uwzględnia aktualnie sprawującego urząd, bo zbiór składa się z plejady od Dębskiego po Biernata. Odpowiadając Kowalczykowi twierdzę, że szanse są spore, zwłaszcza że sytuacja z nominacji na nominację idzie ku lepszemu.

 

Początek kryminalizacji urzędu - przyznajmy to uczciwie - był fatalny; gorszy być nie mógł! Oto minister sportu w rządzie AWS, Jacek Dębski, w ścisłym związku ze światem gangsterskim kierowanym przez powinowatego „Baraninę”, postarał się wziąć w swoje łapy cały wyczyn sportowy, a najbardziej PZPN. Skończył pod mostem, zastrzelony przez kumpli od ciemnych interesów, a świadkował temu przyszły rzecznik prasowy PZPN-u poprzedniej kadencji, Janusz Atlas, co komentarza nie wymaga. Po „Dębolu” był jednak postęp; „czyści” byli zarówno Paszczyk, jak Ciszewski, także Jakubiakowa, nic to, że o sporcie pojęcia nie miała… Kontynuatorem czarnej passy kadrowej resortu okazał się chodziarz-koksiarz Lipiec, przyłapany przez CBA na niecnym procederze. Jakkolwiek patrzeć, wobec „dokonań” Dębskiego jego wina wyceniona na parę lat paki oznaczała spadek pierwiastka przestępczego.

 

Tendencja ta umocniła się też za sprawą ministra „Mira” Drzewieckiego. Wyleciał z fotela z hukiem, zamieszany w aferę hazardową, ale sprawa - zamieciona pod dywan - nie miała finału sądowego. Jeszcze bezpieczniej może czuć się jego następczyni - pani minister Mucha. Owszem, przyłapano ją na rozrzutności państwowej kasy (dotacja 6 mln zł na koncert Madonny), ale zarzutów jej nie postawiono, co oznacza „czystość” w formie dziewiczej. Aż przyszła kolej na Biernata… Z tym, że u niego chodzi o niedokładności w poselskich oświadczeniach majątkowych. Wyjdzie, ani chybi, obronną ręką, choćby dlatego, że w Polsce politycy przeważnie mają na stanie więcej niż deklarują publicznie.

Z tej samej kategorii