Niełatwo być wielbłądem!

Wybory nowego prezesa PZPN
 fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Trzeba byłoby być ślepcem albo skończonym osłem, aby nie dostrzec przełomowej roli Zbigniewa Bońka w naszym futbolu.

Aż w trzech tytułach pojawiło się ostatnio moje nazwisko w roli negatywnego bohatera. Kiedy w mediach piszą o mnie hurtem, natychmiast zaczynam szukać roboty. Przypomina mi to bowiem pewną kwietniową sobotę ‘83 roku, w którą propaganda stanu wojennego oddała we mnie salwę z trzech armat („Żołnierz Wolności”, „Gazeta Krakowska”- na 1. stronie oraz „Trybuna Ludu”- cała 3. kolumna). Walono we mnie, jako mianowanego przez zespół (ewenement w prasie od Władywostoku po Łabę!) redaktora „Dziennika Polskiego”. Ano, że nie dostrzegam ciężkiej doli chłopa i wychwalam pozytywną rolę szlacheckich dworów w historii (W. Bielski - TL), że nie rozumiem imperialistycznej polityki papieża Jana Pawła II (B. Rajca - GK) i że dołączam do tych, którzy chcieliby zepchnąć PRL z drogi budownictwa socjalistycznego (list korespondenta z Miechowa - ŻW)…


Skala przewin godna odszczepieństwa od imponderabiliów ideolo, obłożona groźbą wylotki z zawodu. Ale w sukurs przyszedł mi fart: ktoś w KC partii słyszał, że byłem niegdyś sportowcem, głupkiem i mięśniakiem, co to o polityce pojęcia nie ma. Na takie dictum sekretarz Główczyk rzucił dyrektywę: nie będzie pisał o zmaganiach partii z „Solidarnością”, jeno o rywalizacji Wisły z Legią; dać go do „Tempa”! I tak zostałem dziennikarzem sportowym, za co Bogu i Główczykowi chwała na wieki wieków!


Dziś znowu mój trop podjęły hurtowo „Przegląd Sportowy”, tygodnik „Przegląd”, a także niszowy portal internetowy „futmal.pl”. Ten ostatni, walczący o przetrwanie, liczył na kliknięcia, więc próbował mnie ugryźć z paragrafu korupcji. Nie wyszło, bo wyjść nie mogło, więc urobku zero. W popularnej dziś pragmatyce „pchania się do żłobu” opisał mnie powracający z zapomnienia Stanisław Kmita. Ten operetkowy działacz z I połowy lat 90. zasłynął z dwu rodzajów sponsoringu, wdrożonych w krakowskim Hutniku. Piłkarzy dokarmiał w swojej restauracji i premiował za strzelone bramki, przy czym środki płatnicze stosował własne w postaci drukowanych pokątnie dolarów, na których zamiast Waszyngtona widniało pysio restauratora.

 

Dziennikarzy gościł u siebie na krzywy ryj, aliści do historii przeszedł jako rozlewający w loży prasowej gorzałę z rękawa i rozdający zagrychę w postaci kiełbasy w pętach. W wywiadzie opublikowanym w "PS" Kmita bredzi, że rywalizował ze mną i wygrał w wyborach do zarządu PZPN, do którego „się pchałem”… Widać wypita „dla dobra piłki” wódka degeneruje pamięć. Na półmetku kadencji Kazimierza Górskiego akurat odmówiłem wejścia do władz drogą kooptacji (1993 - posiedzenie zarządu PZPN w krakowskim klubie „Pod gruszką”).


No, ale dziś w zarządzie jestem z własnej woli już trzeci raz (1995-99, 2004-08 i teraz), co z kolei uwiera nieco red. Maćka Polkowskiego, drukującego w „Przeglądzie”. Oto kluczowy cytat z mojej metryczki jego autorstwa w utworze „Zibi i jego drużyna”: „Bohater bodaj najbardziej spektakularnego „nawrócenia” w polskiej piłce ostatniego okresu. Z zaciekłego i wręcz zdeklarowanego krytyka Bońka stał się jego gorącym poplecznikiem”. Z tego passusu wynika, że w historii nawróceń lokuję się zaraz po Szawle - świętym Pawle, co Polkowski zauważył w swej zabitej deskami pustelni w Kazimierzu nad Wisłą.

 

Owszem, moja opinia o Bońku jako kandydacie i prezesie PZPN ewoluowała, ale nie pod wpływem mojej mentalności …galicyjskiej („…obywatele z dawnych ziem C.K. Monarchii Austro-Węgierskiej z reguły kojarzyli mi się z lojalistami, a nigdy z rewolucjonistami”). Trzeba byłoby być ślepcem albo skończonym osłem, aby nie dostrzec przełomowej roli Zbigniewa Bońka w naszym futbolu. Wyjaśniłem tę sinusoidę poglądów w ankiecie, rozpisanej przez „Przegląd” przed wyborami do władz PZPN. Aliści redaktor wie lepiej i szczypie mnie w dupę, przydając łatkę lojalisty, odbierając szansę na bycie rewolucjonistą…


Dlatego przypominam Maćkowi - absolwentowi Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, że pewien kanonik po odbyciu studiów właśnie w Krakowie, został największym rewolucjonistą drugiego Tysiąclecia, publikując w 1543 roku dzieło pt. „De revolutionibus omnium coelestium”. Zwracam uwagę na rzeczownik „revolutionibus”…

 

Komentarze (5)

Napisz komentarz
No photo
No photo~PawelUżytkownik anonimowy
~Pawel :
No photo~PawelUżytkownik anonimowy
dla kogo ten artykuł? Przeintelektualizowana papka
16 sty 14:14 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~PawelUżytkownik anonimowy
~Pawel :
No photo~PawelUżytkownik anonimowy
najlepsze w tym artykule.....zdjecie Bońka
16 sty 14:17 | ocena:100%
Liczba głosów:1
0%
100%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~KarolUżytkownik anonimowy
~Karol :
No photo~KarolUżytkownik anonimowy
Czy do 2015 r. pan Niemiec był ślepcem, nie dostrzegając przełomowej roli Zbigniewa Bońka?
Do tego czasu "Zbyszek" był do niczego. Statut, zameldowanie, bukmacherka i w ogóle piłkarz...
Kiedy w 2015r. widmo utraty prezesostwa MZPN i zostania członkiem PZPN stawało się realnością, pan Niemiec, w działalności piłkarskiej i publicystyce przez urągające umizgi do pana prezesa i poniżanie się, z olbrzymim ładunkiem hipokryzji, stawał się poplecznikiem. Pół piłkarskiej Małopolski boki zrywało jak z nienawiści, z miesiąca na miesiąc,
na oczach wszystkich, dochodziło do prezentowania wielkiej miłości prezesa Ryszarda.
Pan red. Polkowski z niezwykłą elegancją potraktował kolegę redaktora/prezesa, który swym taktycznym wyrachowaniem
doprowadził również do tego, że kolegom z koalicji wyborczej E. Potoka w 2012r., której przewodził, opadły szczęki. Znali i znają przecież poglądy "Ryśka" od podszewki.
7 lut 19:36
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii