Kto się pożywi przy Kapustce?

Bartosz Kapustka już w barwach mistrza Anglii - w meczu przeciwko Barcelonie.
 /  fot. AFP  /  źródło: własne

Do kasy - po rekompensatę za transfer piłkarza z Cracovii do Leicester City - ustawi się długa kolejka.

 

Jeśli dobrze liczę, to transfer Bartka Kapustki przyniesie polskiej piłce tyle kasy, ile wyniosły dotychczasowe nakłady ministerstwa sportu na utrzymanie wojewódzkich ośrodków szkolenia młodzieży piłkarskiej! Gdyby znać kulisy toczonych od zakończenia Euro 2016 negocjacji na linii Cracovia - agent Bolek - Leicester, materiał na beletrystykę thrillerową byłby gotowy, zwłaszcza że warstwa dramaturgiczna plus zmienność akcji, wyrażana skokami ceny, dodaje dynamiki operacji.
Obok kwestii czysto materialnej snuje się wokół transferu Kapustki warstwa symboliczna. Taż to w chwilę po Brexicie, w czasie, kiedy milion Polaków na Wyspach Brytyjskich lęka się deportacji, czy innej formy wypchnięcia poza granice Zjednoczonego Królestwa, chłopak z Podgórskiej Woli przebiera jak w ulęgałkach i kaprysi, za ile milionów funtów ma przyjąć zaproszenie do mistrza Anglii. Takiego obrotu sprawy nie jest w stanie wymyślić żaden współczesny sir Arthur Conan Doyle.
Piłkarz Cracovii, przyznajmy to bez bicia, do transferu preparowany był przez ostatnie dwa sezony ligowe, a w roli hodowcy doskonałego wystąpili: prezes Janusz Filipiak, jako twórca informatycznego modelu teoretycznego transferu, i trener Jacek Zieliński, w roli boiskowo-treningowego praktyka, traktujący zawodnika jako coś więcej, niż dobro narodowe. Reszta drużyny traktowała go podczas treningów jak panienkę z porcelany, z którą należało obchodzić się delikatnie, by nie narażać na kontuzję. Zieliński z iście aptekarską dokładnością dawkował Kapustce minuty gry w ligowej młócce, pilnował, aby broń Panie Boże, nie zarżnąć kury znoszącej złote jajko. Wszyscy w klubie z ulicy Kałuży dobrze się orientowali, jak wielki kapitał biega po murawie i zadbali, aby ani jednego funta z niego nie uszczknąć przedwcześnie.

Z tej samej kategorii