To nie sport ministrantów!

Impulsywność Michała Probierza przybiera różne postaci.
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Trener Jagiellonii zareagował na zjawisko bezkarnego obrażania piłkarzy, trenerów, sędziów i działaczy, nabierające charakteru stałego fragmentu piłkarskich zmagań.

Jak trudno niekiedy zapanować nad nerwami, przećwiczyłem… na sobie. Radosna atmosfera, przypominająca majówkę, tłumy 6- i 8-latków, uganiających się za futbolówką na kilkunastu boiskach, kreatywny wodzirej wojewódzkiego finału Turnieju o Puchar Tymbarku. Wśród witanych serdecznie byłych gwiazd polskiego futbolu - Kazia Kmiecika, Zdzisława Kapki, Marka Kusty - znalazłem się i ja, jako oficjel otwierający imprezę. Nagle z grona rodziców, gęsto obsiadłych bandy centralnego boiska, rozlega się głośny komentarz:… o, idzie, kurwa, kolega K. (tu następuje nazwisko znanego działacza piłkarskiego, kojarzonego z wszystkim, co w piłce najgorsze). Zawróciłem z drogi, podszedłem do miejsca, skąd dochodził głos z zamiarem wytłumaczenia kolesiowi niesprawiedliwej kwalifikacji mej sylwetki etyczno-moralnej. Już po wstępnej słownej perorze zostałem przeproszony i zaszczycony dodatkowymi oklaskami. Obawiam się wszakże, że gdyby z drugiej strony padły inwektywy, mogło dojść do szarpaniny na oczach najmłodszych piłkarzy!


Jednym słowem, nastąpiła powtórka z pomeczowej etiudy z trenerem Michałem Probierzem w roli głównej. Gdyby przekraczający sektorowe ogrodzenie kibic zeskoczył na stadionową płytę, awantura z udziałem kibiców, trenera i piłkarzy, którzy, ani chybi, ruszyliby z pomocą Probierzowi, byłaby przesądzona. Jestem po stronie trenera Jagiellonii, albowiem zareagował na zjawisko bezkarnego obrażania piłkarzy, trenerów, sędziów i działaczy, nabierające charakteru stałego fragmentu piłkarskich zmagań. Bluzgi słowne, chóralnie artykułowane przez „młyny”, „kotły” i „żylety”, spotykają się z zerowym odporem stadionowych służb i zapowiadaczy, uprawiających karkołomne wygibasy retoryczne, aby - broń Boże - nie urazić gawiedzi lżącej bezpardonowo protagonistów meczu.


Cienka linia oddzielająca doping od animalnego wyzywania przekraczana jest coraz częściej! Nie wyciągnięto wniosków z haniebnego domagania się śmierci kolejnego właściciela Legii, po zgonie Wejcherta, do porządku dziennego przeszliśmy po tym, jak wiadomy sektor „przejął” z właścicielskich rąk politykę personalną w Wiśle (casus Jacek Bednarz i Franciszek Smuda). Rzeszowscy prokuratorzy umyli ręce przy jawnie antysemickiej manifestacji podczas derbów Stal - Resovia… A kto zareagował na upokorzenie piłkarzy Śląska karnie zdejmujących koszulki pod groźbą werbalną, a jeszcze bardziej domniemaną fizyczną? Gdzie są dzielni sternicy klubowi, jakie kroki przedsięwzięli, by chronić graczy przed kibolskim sondergerichtem? Ani chybi zagłuszyli w sobie elementarną powinność, w imię nienarażania się środowisku „niezawodnych nabywców karnetów”…

Z tej samej kategorii