Widziane z sali obrad - opinia jednomandatowa

Józef Wojciechowski i Zbigniew Boniek
 źródło: AFP

Ni z tego, ni z owego Zbigniewowi Bońkowi wyrósł realny konkurent w postaci działacza, sztucznie przyfastrygowanego do rzeszowskiego klubu Stal! Nikt wprawdzie nie zna go w mieście nad Wisłokiem, ale w telewizji publicznej pokazali paru piłkarzy grających w „dziadka”, a każdy miał na koszulce naszyty napis JW Construction, czy może Construction JW…

 


Mówimy o panu Józefie Wojciechowskim, poważnym, stołecznym przedsiębiorcy, specjalizującym się budownictwie mieszkaniowym. Sypnął groszem, a wyposzczona kasy Stal wystawiła mu zaświadczenie dobrodzieja. Bez niego nie mógł stanąć w szranki batalii o fotel. Telewizyjna migawka miała uwiarygodnić egzotyczne wyswatanie na stalowca. Ten związek akurat specjalnie nie dziwi. W głowie sterników rzeszowskiego klubu lubią powstawać oryginalne konstrukcje organizacyjne, mające wyprowadzić ich drużynę piłkarską z wieloletniej degrengolady.
Trzy lata temu niewiele brakowało, aby dzięki ich inwencji miasto Rzeszów uzyskało dostęp do morza i zastąpiło Świnoujście w roli siedziby pierwszoligowego klubu o sugestywnej nazwie Flota. Pilniejsi obserwatorzy folkloru piłkarskiego z łatwością dostrzegą w tym projekcie wielkie echo transferu drużyny piłkarskiej Polonii Warszawa do Katowic. Jednym z projektantów tej operacji był właśnie Józef Wojciechowski, zbywający historyczne „Czarne koszule” pod postacią asortymentu typowego dla szmateksu.
Parę tygodni temu zapoznałem się z sytuacją sportowo-organizacyjną i kadrową rzeszowskiej Stali. Rozmawiałem z nie byle kim, jeno z jej symbolem i najwybitniejszym wychowankiem - Janem Domarskim (dziś stuka mu siedemdziesiątka - wszystkiego najlepszego!). Nie padło w niej nazwisko Wojciechowskiego, a przecież gdyby był realnym, a nie doraźnie koniunkturalnym sponsorem, paść by musiało. Mamy zatem do czynienia z fikcją, którą nie ukryją ani reklamy na koszulkach piłkarzy, ani banery na stadionie, ani przelew bankowy, realizowany po wystawieniu świadectwa zaślubin pana Józka ze Stalą!
Zestawiając tę mimikrę, obrażającą inteligencję nie tylko delegatów na zjazd sprawozdawczo-wyborczy PZPN, z interpelacją złożoną w Ministerstwie Sportu, a żądającą zablokowania Bońka w drodze do reelekcji z powodu wątpliwości co do jego stałego meldunku w Bydgoszczy i czasowych meldunków w Rzymie i Warszawie, zderzamy się ze świadomym faryzejstwem.

 

Wojciechowski wniósł do polskiego futbolu klubowego kilka innowacji, pod dziś dzień wspominanych jako pełny nikiforyzm. Najsłynniejszy okazał się tzw. Klub „Kokosa”, czyli metoda upokarzania i rozmiękczania zawodników, domagających się realizacji kontraktów zawartych z klubem, który nie chce płacić. Krnąbrnego gracza, stawiającego się Wojciechowskiemu, kazał eliminować z kadry, jednocześnie nakazując obowiązkowe treningi w pojedynkę, i to w nietypowych godzinach. Trenerów kochał zwalniać jak rękawiczki, a może raczej jak sezonowych placowych ma budowie… Polonię, którą, owszem, awansował z II do I ligi drogą kupna od pana Drzymały (Groclin), traktował jako podmiot stricte gospodarczy. Kiedy okazało się, że zarządzanie wyczynowym klubem, metodami branży inwestycyjnej, nie spełniało oczekiwań, porzucił piłkę na parę sezonów, zbywając „zabawkę” byle komu.
Teraz przeżywa ponowny głód piłki, ale już tej z wyższej półki. Pragnie - jako przyszły prezes PZPN - zająć się odbudową jej rzeczywistych segmentów, ponoć zaniedbanych za kadencji Bońka, a skrywanych sprytnie intensywną propagandą. Niestety, nie dysponuje kwalifikacjami niezbędnymi do sprawowania tej funkcji, nie ma też bodaj zarysu pozytywnego programu. Jego substytutem są populistyczne rojenia o PZPN jako skrzyżowania ośrodka pomocy społecznej z parabankiem, serwującym chwilówki zadłużonym klubom zawodowym! Zamiast rzetelnej wiedzy o tym, czym jest i czemu służy PZPN, Wojciechowski dysponuje chaotycznymi zbitkami podpowiedzi współpracowników, sumującymi się w zestaw podejrzeń, półprawd i donosów. Demagogiczny frazes i zasłyszane opinie to fatalny i kompletnie fałszywy fundament oskarżeń o tragicznej sytuacji polskiej piłki. Trudno uwierzyć, aby większość spośród 117 delegatów na zjazd dała się kupić na tego rodzaju argumenty. 118., niżej podpisany, tym bardziej ich nie uzna za swoje!

Z tej samej kategorii