Legia - czyli jak pada projekt biznesowy

Dla części przybyłych do Madrytu z Polski mecz Realu z Legią był mało interesujący.
 /  fot. AP Photo/Francisco Seco  /  źródło: East News

Rozumiem strachliwość najważniejszego udziałowca w piłkarskiej spółce akcyjnej Legia - Dariusza Mioduskiego. Ten posiadacz miękkiej charyzmy ma za dużo do stracenia, wszak to człowiek majętny. Ma prawo obawiać się, że mu spłonie rezydencja albo samochód wyleci w powietrze.

Powiększa się grono posiadaczy Karty Stałego Czytelnika „Pretekstów” na Śląsku… Listę otwiera honorowy, pierwszy, historycznie wyznawca, pan Leonard Spałek z Mikołowa. Zasłużył nawet na tytuł społecznego współtwórcy mojego felietonu, zajmując się bezinteresownie liczeniem zwrotu „aliści”, namolnie stosowanego w rzeczonym utworze. Do ubiegłego wtorku zamykał listę pan prezydent Tychów, Andrzej Dziuba, reprezentujący czytelników dostrzegających coraz częstsze rozchodzenie się punktów widzenia między nami, czyli między autorem a odbiorcą.

 

Najświeższym nabytkiem wśród reaktywnych zwolenników rubryki jest nowy prezes Śląskiego Związki Piłki Nożnej - Henryk Kula, który zasilił frakcję „krytycznie przyjaznych”. Wziął pod lupę felieton sprzed tygodnia, w którym zawarłem relację z prezydenckiej loży na Narodowym. Zmiażdżył niedostatki narracyjne, brak myśli przewodniej („co poeta miał na myśli?”) i skupianie się na marginałkach, podczas gdy w naszym futbolu dzieją się dzieje…

 

Rad nie rad, posypując głowę popiołem, biorę się za poważniejsze wątki. Tu życie futbolowe jest mi przychylne nad wyraz. Oto na nowy, zdecydowanie wyższy pułap wkroczył eksport kibicowskiego zbójectwa w wydaniu emisariuszy warszawskiej Legii. Pojechało ich na mecz z Realem ponad 3 tysiące i - jak to mają w zwyczaju - doprowadzili do zamieszek przed meczem. Polała się krew, niczym na walce byków, z tym że torreadorzy-policjanci walczyli konno. ALIŚCI telewizyjni sprawozdawcy - redaktor Darek Szpakowski i komentator o wyłącznie apologetycznym nastawieniu - Michał Żewłakow, uczynili wiele, by skalę bandyterki pomniejszyć. Jak zawsze, ku pokrzepieniu serc!

 

A przecież muszą mieć świadomość przekroczenia kolejnej granicy, za którą roztacza się już czysta barbaria! To niemożliwe, aby tak szybko wyprać z ośrodków racjonalności pamięć dortmundzkiej lekcji stadionowej! Czyżby wrażliwość na zorganizowane chamstwo na wynos i zohydzanie dobrego imienia Polski za Pirenejami nie mają dostępu do tych przedstawicieli warszawskiej inteligencji? Rozumiem strachliwość najważniejszego udziałowca w piłkarskiej spółce akcyjnej Legia - Dariusza Mioduskiego. Ten posiadacz miękkiej charyzmy ma za dużo do stracenia, wszak to człowiek majętny. Ma prawo obawiać się, że mu spłonie rezydencja albo samochód wyleci w powietrze. Więc protestuje nieśmiało poprzez medialne popiskiwanie, zastrzegając się, że to już ostatni raz z jego strony. Dla dobra Legii woli schować głowę w piasek i wskazywać palcem na mniejszościowych akcjonariuszy - Bogusława Leśnodorskiego i Macieja Wandzla. A przecież im większe zaangażowanie finansowe, tym większa odpowiedzialność za to, co się dzieje w klubie.

 

Tymczasem, po tym madryckim najeździe Hunów głosu Mioduskiego nie słychać. Dwaj partnerzy, skonfundowani, próbują reagować i wyrwać się z roli zakładników „żylety”. Szef Rady Nadzorczej spółki, w obliczu kolejnego aktu eskalacji gwałcenia porządku w europejskiej piłce, w obliczu prognozy definitywnego wykopania Legii poza nawias cywilizowanego futbolu milczy jak zaklęty. Wie dobrze, że projekt biznesowy pt. Legia w drodze do zdominowania polskiej piłki profesjonalnej, na bazie wielkiej kasy wyciągniętej z europejskich pucharów, właśnie unicestwia banda desperatów. Wyhodowała ich przyklubowa klinika tolerancji, której zbiorowy przychówek uległ zwyrodnieniu i definitywnie wymknął się spod kontroli. Mioduski biernie patrzył na ten proces przez parę sezonów, lekceważył wyradzanie się coraz szerszego zbioru owoców hodowli „modyfikowanych genetycznie” przez pseudopatriotyczny frazes. Spodziewał się, że skala oczekiwanych zysków propagandowych przykryje skutki strat moralnych. Z cynicznych kalkulacji wychodziło mu, że wpływy pucharowe wielokrotnie przebiją też konieczne wydatki z tytułu nakładanych kar finansowych. Sprzeciwił się narastającej destrukcyjnej aktywności „żylety” i jej jeszcze bardziej radykalnych odgałęzień dopiero wtedy, kiedy UEFA nakazała rozegrać mecz z Realem przy pustych trybunach stadionu przy Łazienkowskiej. Stanowczo za późno: hołota pokazała, że dla niej własny stadion, nie jest konieczny do zademonstrowania swej ohydnej twarzy…

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~IQ2500Użytkownik anonimowy
~IQ2500 :
No photo~IQ2500Użytkownik anonimowy
Moim zdaniem bardzo żałosny jest ten pseudointelektualny język komentarzy redaktora Niemca, który (na szczęście) ocenić należy jako żywą skamieniałość z czasów poprzedniej, socjalistycznej epoki.
5 lis 16 12:14
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii