Jak tworzyć sukces z niczego?

Czy Krzysztof Zimnoch istotnie ma powody do triumfowania?
 /  fot. Szymon Gorski  /  źródło: Pressfocus

Apetyty rozbudzone przez skoczków narciarskich i lekkoatletów, którzy rozjechali Europę pod dachem belgradzkiej hali, powodują zamazywanie proporcji w ocenie niektórych wyników osiąganych w rywalizacji międzynarodowej. Trwa podciąganie pod pojęcie sukcesu nawet rezultatów całkowicie pozbawionych elementu trudności.

Odtrąbiono na przykład jako spory sukces wygraną naszych hokeistów w meczu z Ukrainą - krajem, bądź co bądź, ogarniętym wojną, niech będzie, że hybrydową. Wojna, jakakolwiek by była, ma to do siebie, że wciąga w swoje niszczycielskie tryby tysiące młodych mężczyzn, przez co traci w pierwszym rzędzie sport wyczynowy, zwłaszcza tak elitarny jak hokej na lodzie. Wojakom znad Dniepru i Donu wojna wytrąciła z rąk kije hokejowe, a włożyła na ramię kałasznikowy, a w dłonie ręczne granaty przeciwpancerne… Wciąż brakuje rąk do wyłapywania zielonych ludzików, więc nieliczne kluby hokejowe posłały do akcji bramkarzy - jak wiadomo - wyposażonych w tzw. łapaczki…


Mniej wyrobieni politycznie, o niskim stopniu afektacji patriotycznej, po prostu dają nogę z kraju. Pod halą lodową w Krakowie, tam gdzie trenują kadrowicze z mistrzowskiej drużyny Cracovii, młody Ukrainiec handluje czym się da; mnie akurat sprzedał ustrojstwo ostrzące nożyczki i noże do gospodarstwa domowego. Przyszło mi do głowy, że ten przedstawiciel milionowej emigracji zarobkowej mógł nauczyć się fachu przy ostrzeniu łyżew hokejowych, zwanych, nie tylko na Ukrainie, „dżeksami”. A może wręcz trenował w hokejowym klubie?

 

Tymczasem na kierunku azjatyckim, na Półwyspie Koreańskim, wojna dopiero się wykluwa. Żołnierze z południowej jego części, w oczekiwaniu na casus belli, wykorzystują coraz bardziej lodowate stosunki z Północą i hasają na przepustkach po lodowiskach. Nie dziwota, że nie daliśmy im rady w walce o punkty…

Z tej samej kategorii