Gadu, gadu - kupmy Adu!

Freddy Adu
 źródło: Twitter

Radosław Mroczkowski, kiedy usłyszał o Freddym Adu, powiedział jasno: odkurzalni zakurzonych futbolistów u mnie nie będzie! Szkoleniowiec miał nosa, bo pielęgniarka z sadeckiej przychodni zaraz po pobraniu krwi delikwentowi chciała go skierować na OIOM - pisze w cotygodniowym felietonie Ryszard Niemiec.

Jeszcze nie tak dawno lipiec uznawano w kalendarzu piłkarsko-warzywnym, sezonem ogórkowym. Przykład szedł ze świata polityki, której tryby natenczas mocno zwalniały. Przestrzeń wypełniała gabinetowa krzątanina transferowa, zawodnicy pluskali się w ciepłych morzach, kibice zbierali siły na nowy sezon.

 

Dziś nasze futbolowe realia generują intrygujące historie, o jakich nie śniło się najstarszym góralom i sądeckim Lachom! Jak przystało na najbardziej ekspresyjną i eksportową drużynę, ton podała Legia. Dramaturgia jej rozstawania się i witania od nowa z piłkarzem (Quo) Vadis Odjidja-Ofoe otarła się o narrację iście homerycką. Odjidja niczym Odyseusz… Przez dobry tydzień mieliśmy do czynienia z zatykającym dech w piersiach itinerarium zawodnika po Europie, z którego, niestety, wyszło, że docelową Itaką nie była Łazienkowska 3.

 

Warstwę sentymentalną tej opowieści pogłębiał fakt żeglugi piłkarza do połogu w belgijskiej klinice. Ten epicki wątek został jednak spartaczony przez media. Nie poinformowały ani o płci rodzonego dziecka, ani o rasie rodzicielki, co przecież u nas wzbudza szerokie zainteresowanie. Koniec końcem, po swoistym ping-pongu VO-F wypiął się na Legię, mimo, ze na kartach Skarbu Kibica w rubryce „Kadra” figuruje, a z sąsiedniej fotki przedsezonowej zdążył wyparować.

 

(Quo) Vadis z Legii ewakuował się na raty, ale za to trener Kaczmarek z Wisły Płock wyleciał w kosmos jednym kopem ekslegionisty Furmana. Jeśli chodzi o warstwę literacką tego wybryku, skojarzenie kieruje mnie ku „Poematowi pedagogicznemu” Makarenki. Ta sztandarowa pozycja realizmu socjalistycznego wynosiła pod niebiosa metodę zarządzania placówką wychowawczą przez młodocianych opryszków. Owo skrzyżowanie knajackiej samowoli z mołojecką bandyterką miało prowadzić do resocjalizacji i wyłaniania przyszłych ludzi radzieckich.

 

Samowola płocka, w kontekście obyczajowości polskich klubów zawodowych, jest twórczą kontynuacją pożałowania godnych rodzimych praktyk, wedle których zawodnicze zmowy przejmują z rąk bezwolnych prezesów władcze kompetencje. Wydawało się, że niedawna sosnowiecka lekcja z trenerem Mandryszem w roli ofiary sądu szatniowego będzie miała charakter nauczki. Ale skąd?! W Płocku trenera pogonił jednoosobowy sondergericht, przeto zespołowego kolegium orzekającego nie trzeba było zwoływać.

 

Dziwne, że nie zareagowali kibice mazowieckiego klubu, dla których trener był półbogiem. A przecież w polskiej piłce segment kibicowski ma coraz więcej do powiedzenia. W Katowicach fani GKS dali zespołowi jasną wykładnię jego postawy podczas inauguracyjnego meczu z Pogonią S. i - jak znam życie - ich opinia będzie stanowiskiem wiążącym.

 

W krakowskiej Wiśle omal nie doszło do zawłaszczenia klubu przez duet sprytnych farmazonów. Zapobiegła temu czujność prezes Sarapaty, jak i hybrydowe działania kibiców. Panowie Bernatzky i Kasztelaniec, niczym Meresiński z Citką, pierzchli z uzurpatorskiego przyczółka, bo w pościeli mogli znaleźć koński czerep. Chcę być konsekwentny w stosowaniu poetyki artystycznej, więc wyimkiem z „Ojca chrzestnego” wyjaskrawiam finał rozgrywki.

 

Norymbersko-myślenicka operacja „Nacht und nebel” została udaremniona, co podniosło grozę życia futbolowego. Na szczęście u schyłku miesiąca do głosu dorwali się kreatorzy o gustach zdecydowanie lżejszych - autorzy komedii. W roli głównej wystąpił amerykański piłkarz Fredek Adu, przyjąwszy szatę kandydata na zbawcę beniaminka ekstraklasy - Sandecji.

 

W chwili, kiedy klecę niniejszy utwór, wieczny kandydat na następcę samego Pelego przechodzi badania lekarskie i usiłuje stanąć przed obliczem trenera Mroczkowskiego. Jego szanse na wejście do szczelnie zamkniętej szatni Sandecji są żadne, albowiem trener nie chce słyszeć o żadnym Adu. Powiedział jasno: odkurzalni zakurzonych futbolistów u mnie nie będzie! Szkoleniowiec miał nosa, bo pielęgniarka z sadeckiej przychodni zaraz po pobraniu krwi delikwentowi chciała go skierować na OIOM!

 

W ten sposób dobiegła końca historia, której kwintesencją może być tytuł dziś zapomnianej powieści Molnara „Chłopcy z Placu Broni”. Szkoda, że zabawa kończyła się tak smutno, bo Nemeczek nie przeżył.

Z tej samej kategorii