Krytyka Termaliki to głodne kawałki ocierające się o kicz

Termalica, Stadion, widok
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

Ten utwór ma charakter odczepny, obliczony jest na przeprowadzenie dowodu miałkości intelektualnej adwersarzy.

Jest ich wielu, a łączy ich wspólnota w konsekwentnym poniżaniu autorów piłkarskiego projektu pt. Bruk-Bet Termalica Nieciecza. Punktem wyjścia do szyderczego stosunku wobec wysiłku organizacyjnego i finansowego autorów budowy klubu wysokiego wyczynu w podtarnowskiej wsi, uczyniono rachunek ekonomiczny, nie tyle uproszczony, co prostacki.

 

Na warszawskich salonach i buduarach medialnych przyjęto założenie o szkodliwym (w perspektywie) szaleństwie państwa Danuty i Krzysztofa Witkowskich, którzy postanowili czynem zaprzeczyć tezie o przepaści dzielącej mieszkańców miast od mieszkańców wsi, w zakresie dostępu do współczesnej kultury. Są przedstawicielami inteligencji, ale nie tej z epoki doktora Judyma, Siłaczki czy z późniejszej, socjalistycznej koncepcji kulturotwórczej klubokawiarni GS. W swej małej ojczyźnie, gdzie żyje i pracuje 750 Polaków, postanowili im udostępnić własnym sumptem, nie licząc na państwo, te dobra kultury, które współczesność gwarantuje metropoliom!


Stać ich na to, bo są ludźmi zamożnymi, a swój kapitał wypracowali uczciwą pracą, nie korzystając ani z protekcji, ani nie uwłaszczając się na państwowym majątku. Zaczynali na wejściu w nową epokę od wysłużonej betoniarki, kupionej od upadającej Spółdzielni Kółek Rolniczych. Dziś są największym w kraju producentem szerokiego asortymentu wyrobów betoniarskich, weszli też na rynki krajów ościennych: ukraiński, słowacki.
Miejscowym dziewczętom i chłopcom zaoszczędzili dojazdów do szkól średnich, tworząc w Niecieczy ośrodek gimnazjalny z nauką języków. Zaprojektowana z wyobraźnią sala kinowo-teatralna zaspokaja aspiracje zwolenników Melpomeny. Teatr wprawdzie nie wystawia Duerrenmatta, ani nawet ziomka z nieodległego Borzęcina - Mrożka, ale w pełni oddaje aspiracje mieszkańców.


Najbardziej kosztownym dobrem pozostają spektakle futbolowe. Ta dyscyplina trafiła pod tutejsze strzechy wkrótce po I wojnie światowej, więc nie trzeba było przeorywać gustów mieszkańców subregionu. Zajęli się klubem Witkowscy na etapie B klasy i w dekadę wywindowali go do poziomu ekstraklasy, stając się powodem wyrzutów sumienia dla wielu metropolii. Osiem awansów w 10 lat: pokażcie mi jakiś inny klub o podobnej dynamice wzrostu!


Kiedy już prowincjusze mieli czelność wygrać z Legią i Lechem, uchodzącymi w Polsce za sevrski wzorzec profesjonalizmu piłkarskiego, zawiść i zazdrość skumulowane w bezinteresownym schadenfreude osiągnęły apogeum. Rzucano hasła bezsensu nakładów, które nigdy nie mają prawa się zwrócić; pokpiwano, że stadion w Niecieczy to naśladownictwo potiomkinowskiego budownictwa. Tymczasem obiekt, pierwszy i jedyny, zbudowany przez prywatnego inwestora, to perełka architektury sportowej.


Jakby się kto pytał, na jakim poziomie pozostaje w nim serwis obliczony na komfort widzów, odpowiadam, że na europejskim. Dla przykładu, jakość serwowanego cateringu bije na głowę odpowiedniki w klubach bardziej renomowanych i wyżej budżetowo sklasyfikowanych!


Szczególną wartością pozostaje uboczna poniekąd, ale jakże ważna wartość, docierania z bakcylem wysokiego futbolu do nieskażonej patologicznymi naleciałościami części społeczeństwa. W Niecieczy mecze odbywają się bez nachalnego dopingu, faszerowanego bluzgiem i artykułowaną zbiorowo nienawiścią do rywala. Oglądanie zawodów nie obciąża widza stresem, nie zmusza do biernej akceptacji czegoś, co z kulturą ma niewiele wspólnego.


Ktoś powie, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem wstępnego przyswajania obyczajów futbolu przez ludność dziewiczych terenów, która z czasem przyswoi sobie repertuar stadionów z wielkich miast. Być może kiedyś tak się stanie, ale jak na razie szanujmy ten ozdrowieńczy zakątek piłkarstwa cywilizowanego.


Powiedzmy wprost: Witkowskim należy się szacunek i wdzięczność za konsekwencję w postawie pro publico bono, a nie zawoalowane kpiny, szyderstwa i ironia, tak bardzo dotykające godność Adresatów. Te zgrane, głodne kawałki z pejzażem pełnym kukurydzy, te zwischenrufy o popijawach u sołtysa, te dowcipasy o „słonikach”, którym opadły trąby, i futbolu pod betonową strzechą, ocierają się o kicz i tanią metaforę.

Z tej samej kategorii