Gdyby Jurek Kulej tego dożył...

Polscy bokserzy niebawem zapomną, jaki smak ma występ na igrzyskach olimpijskich.
 źródło: Pressfocus

Polski boks amatorski nie istnieje. Kto żyw, ten od razu chce być zawodowcem.

 

Po zaborach i wojnach światowych podnosiliśmy kraj ze zgliszcz i ruin, dziś podnosimy go z kolan, po to, by - jak ukąszony w dupę zaspany żubr (wg wieszcza Marka Jarosława Rymkiewicza) - zaczął cwałować do dumnej niezależności, tudzież nowoczesności. W to mi graj. Łapię się nawet na chęci dołączenia do maszerujących narodowców, ale w moim wieku nie wypada, zwłaszcza że nie bardzo utrzymam w ręku chorągiew z mieczykami. Pozostanę więc przy swojej drobnej działce przyzagrodowej, na której uprawiam agitację za Wielką Polską Sportową.
Niestety, tej wiosny w moim ogródku na niektórych grządkach mało co rośnie. Kompletna ruina rozciąga się na zagonie, na którym przez dekady kwitło nasze pięściarstwo, tak bardzo pasujące do narodowego modelu uprawiania wyczynu. Na igrzyska w Brazylii przedostał się jeden polski pięściarz, co natychmiast zostanie odczytane we wrogim nam świecie jako oznaka niedostatecznej bojowości narodu i jego cherlactwa.
Gdyby Jurek Kulej dożył tej sromoty, pewnikiem postawiłby się do dyspozycji trenera kadry i po zrzuceniu paru kilogramów jeszcze by preeliminacje opędził jedną ręką! Cały ten niedowład dyscypliny bierze się z prostego faktu, jakim pozostaje proceder sztucznego przeistaczania amatorów boksu w zawodowców, obwoływanych przez kuglarzy menadżerki w pretendentów do tytułów mistrzów świata. Chłopaki, zamiast przechodzić naturalną drogę amatora - po zdobyciu krajowego prymatu w swojej kategorii wagowej, po zaliczeniu startu w mistrzostwach Europy, świata, na igrzyskach - wskakują po pierwszym kroku bokserskim do stajni zawodowej i liczą kasiorkę. Nic sensownego z tego nie wynika, oprócz naszej mizerii w amatorskim boksie i ich całowania maty ringowej w rywalizacji profesjonalnej!

Z tej samej kategorii