Pożytki z pewnej charyzmy

PIAST GLIWICE - RUCH CHORZOW
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Wskaźnikiem nastrojów społecznych wobec PZPN od schyłku ubiegłego tysiąclecia była (do niedawna) stadionowa przyśpiewka.

Mało jest znany autor słownego grepsu tak często wykonywanego na ligowych stadionach, ale „poeta pamięta” i może zaświadczyć, nawet w ZAiKS-ie, komu należą się tantiemy za wykonanie utworu.


Twarde nawoływanie chórów stadionowych do „jebania PZPN” w trybie rozkazującym, wzięło się z twórczej weny ministra sportu - niespełnionego barda z Łodzi - Jacka Dębskiego. W szczycie pierwszej wojny futbolowej, którą formalnie zapoczątkował w 1998 roku, doszło do podjudzenia ekstraklasy i zorganizowania strajku wymierzonego w PZPN, na czele z Marianem Dziurowiczem. „Dębol” znany z sympatii do ruchu kibicowskiego, zwłaszcza jego odnogi kibolskiej, napuścił wiślacki pododdział do prapremiery płodu własnej - jak się później okazało - chorej wyobraźni. Odtąd stadionowe konie galopowały po betonie, a skandowany wołacz stał się hitem meczowej akustyki.


Dziś odradza się wyłącznie za sprawą sędziowskich błędów i wypaczeń, ale tylko tych, które wpływają niekorzystnie na interesy gospodarzy zawodów. Aliści podczas meczu I ligi w Niepołomicach, gdzie miejscowa Puszcza podejmowała Stal Mielec, miała miejsce sytuacja wielce znamienna, którą „poeta zapamięta” na długo. Ponieważ publiczność niepołomicka nie przeszła jeszcze organizacyjnej fazy tworzenia wyższego stopnia wtajemniczenia kibicowskiego i wciąż jawi się jako luźno sfederowana grupa, pozbawiona zapiewajły i przećwiczonego repertuaru chóralnego, pierwsze skrzypce na stadionie grali fani z Mielca. To oni przejąwszy inicjatywę, po jednym z pierwszych, fałszywych (ich zdaniem) gwizdków arbitra Lisa, zawyli: „jebać PZPN!”. Zanim echo tej ekspresji dotarło do nieodległych obrzeży Puszczy Niepołomickiej, mielecki gniazdowy tropnął się, że na widowni przebywa prezes PZPN - Zbigniew Boniek. I oto stała się rzecz niespotykana, bo nad stadionem przeleciało słowo, które na meczach się nie słyszy… „Zibi, przepraszamy!” powtórzone dwukrotnie, co skrupulatnie odnotował dyrektor do kontaktów z mediami, red. Janusz Basałaj, człowiek, obdarzony słuchem absolutnym… Aby zmusić gości z klatki do przeprosin nie kiwnąwszy palcem, trzeba mieć kawał autorytetu! To prawda, że skuteczne operacje pijarowskie towarzyszące działaniom prezesa PZPN swoje robią, ale realna popularność ma o wiele większe znaczenie.


Przyszło mi towarzyszyć Bońkowi w weekendowym wojażu po Podkarpaciu i Małopolsce, stałem się więc świadkiem jego swoistego kultu. Scenka w restauracji hotelu Rzeszów, przy wczesnym śniadaniu… Wkracza na salę lekko zmęczony i niewyspany gość i z pewnej odległości zauważa Bońka nad jajecznicą. Mruży oczy, przeciera je, dla pewności potrząsa głową; wreszcie dopada przechodzącą obok kelnerkę, zabiera jej kwitariusz i biegnie po autograf. Na samą myśl zdobycia trofeum wyraźnie trzeźwieje i chwali się nadciągającej - być może - żonie.


Niniejszy, z pozoru hołdowniczy fragment tekstu, powstaje nie na chwałę i sławę sternika PZPN, któremu dwa lata temu z trybuny zjazdowej przypisywałem bonapartystyczne ciągoty. Powodem jego napisania jest refleksja o trwającym już 3 lata spokoju wokół PZPN, dręczonego najazdami ministrów, że wspomnę Dębskiego, Jakubiak, Lipca, Drzewieckiego, Muchę i frontalnymi atakami mediów. Federacja piłkarska może od 2012 roku koncentrować się na realizowaniu swoich celów statutowych. Zamiast biegać po sądach i prokuraturach, władze PZPN mogły zająć się wdrożeniem reform strukturalnych, zadbać o doskonalenie szkolenia młodzieży, skupić się na przygotowaniach kadr narodowych. Wraz z wyborem Bońka, jak ręką odjął, skończyły się „wyprawy krzyżowe” na PZPN, najbardziej zajadli antagoniści ze świata polityki, stracili rezon, umilkł nawet eksposeł Palikot, noszący świński ryj do studia TVN - wielką, obraźliwą aluzję do środowiska piłkarskiego.

 

Partyjni liderzy wszystkich maści nie wydusili bodaj słowa protestu, kiedy pojawił się pomysł statutowego wykluczenia czołówki polityków z grona potencjalnych kandydatów na prezesa PZPN. Nie mieli śmiałości i kucnęli na dobre w obliczu charyzmy, chociaż szeptana propaganda opowiadała o zbieraniu kwitów na wysokim szczeblu. Nawet dziś, kiedy pługi kadrowe zwycięskiego PiS orzą kolejne obszary, PZPN nie widnieje na mapie terenów odzyskiwanych…

Z tej samej kategorii