Polski basket wstaje z kolan?

Polska-Estonia
 fot. Wojciech Szubartowski  /  źródło: Pressfocus

W przyszłym roku mija 50 lat od sukcesu w postaci ostatniego, zdobytego przez Polaków medalu na Eurobaskecie…

Koszykarze wracają na ścieżkę sportowego progresu, wydobywając się z wieloletniej zapaści. Dla dinozaurów tej dyscypliny, do których należę, a którzy na własne oczy widzieli wrocławską batalię o drugi plac w Europie (ME Wrocław 1963), to bardzo krzepiąca wiadomość. Z dużym dyskomfortem przyglądaliśmy się bowiem procesowi uwsteczniania poziomu gry naszych lig i zmarnowaniu niespodziewanego daru niebios, jakim był boom koszykarski lat 90. związany z efektami dotarcia do nas fenomenu transmisji meczów NBA. Nie wiem, czy się nie powtarzam, ale jeśli nawet, to warto raz jeszcze przytoczyć widok nie z tej planety, czyli tablicę do koszykówki przytwierdzoną do facjaty dachu wiejskiej chyży w bieszczadzkim zahumeniu! Trafiła więc koszykówka pod strzechy, ale za tym zjawiskiem nie poszły stymulujące działania upowszechnieniowe jej menedżerów.

 

To niezwykle krzepiące zjawisko miało swoje uboczne skutki w postaci wypłukania ligowej koszykówki z wielkich miast - ośrodków akademickich. Ogołocone z koszykarskich klubów Warszawa, Łódź, Kraków, Poznań czy Gdańsk odebrały dyscyplinie szanse budowania silnego zaplecza kibicowskiego, warunku intensyfikacji sportowej i materialnej. Męska koszykówka zeszła do powiatowej rzeczywistości, co pociągnęło za sobą nie zawsze korzystne następstwa. Serce bolało, jak odjeżdżały organizacyjnymi i sportowymi inicjatywami bratnie dyscypliny: siatkówka i piłka ręczna, a siostrzyca - żeński basket - pokazywała drogę do gwiazd, osiągając w epoce śp. Małgosi Dydek prymat na kontynencie.

 

Chwalić Boga, pokolenie prowadzone przez trenera Szambelana, dało nadzieję na wyjście z cienia, a jego najzdolniejsi zawodnicy - Karnowski, Ponitka - biorą na swe barki odpowiedzialność za naszą pozycję w międzynarodowej rywalizacji. Sama reprezentacja bardzo skorzystała na spodziewanej decyzji o wycofaniu się z kadrowej dyspozycji Marcina Gortata. Nasz człowiek w NBA nie dał sobie narzucić modelu swej obecności na parkiecie, nawiązującego do roli na parkietach amerykańskiej ligi zawodowej. Dlatego niekiedy po prostu ciążył reprezentacji, dezorganizując grę w ataku pozycyjnym. Pełniąc w waszyngtońskich „Czarodziejach” ważne funkcje defensywne i pomocnicze w ofensywie, jest tam niezwykle przydatny.

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~obiektywnyUżytkownik anonimowy
~obiektywny :
No photo~obiektywnyUżytkownik anonimowy
wreszcie ktoś napisał, że Gortat nic nie zrobił dla naszej reprezentacji! podobnie jak Czerkawski w hokeju - w przeciwieństwie do koszykarza Nowitzkiego w Niemczech czy gwiazd hokeja w Czechach, Rosji etc. A już co niektórzy stawiali pomniki Gortatowi i Czerkawskiemu. za co?!
20 wrz 16 21:48
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii