Cudzoziemski zaciąg trenerski? Może już wystarczy?

W ramach zastępczych analiz prognostycznych proponuję zatem pochylenie się nad pozytywnymi skutkami repolonizacji suto opłacanych z budżetu państwa stanowisk pracy, znanych jako selekcjonerzy kadry narodowej… Inspiracją do takiej sugestii są wyniki naszych kadr w koronnych grach zespołowych: siatkówce, koszykówce i piłce ręcznej.

Mike Taylor niewiele zdziałał z kadrą koszykarzy
 /  fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Jutrznia repolonizacji wzeszła nad krajem i nie powiem, żeby mnie to martwiło. Kiedy dowiaduję się, że Bank Pekao SA, w którym trzymam wdowi grosz na czarną godzinę, znowu jest bankiem polskim, robi mi się lżej na duszy. Jeszcze większą lekkość odczuwam z powodu come backu elektrowni w Połańcu. Wraca w polskie ręce, a ja się cieszę, że siłownia pod wezwaniem Tadeusza Kościuszki, który tu pisał słynny uniwersał, nie produkuje już megawatów na konto francuskiego konsorcjum. Na placu jej budowy spędziłem szmat czasu, zbierając materiał do książki, w której chciałem udowodnić, że prawdziwe koszty takiej inwestycji to nie tylko zużyte tony stali, cementu, ale i ofiary ludzkiego życia, zmarnowanych rodzin, okaleczonych członków załóg budowlanych. Tom reportaży „Na śmierć i życie” jeszcze dziś daje mi prawo mówić o Połańcu z pozycji mentora.
Można dyskutować, czy nasilanie się tendencji repolonizacyjnych w gospodarce powinno mieć swoje odniesienie także w sektorze medialnym… Po mojemu, nie powinno, bo centralizacja prasy, radia i telewizji w ręku jednego dysponenta, była już ćwiczona w latach 1944-1989. Nic dobrego z niej nie wyszło.
W ramach zastępczych analiz prognostycznych, proponuję zatem pochylenie się nad pozytywnymi skutkami repolonizacji suto opłacanych z budżetu państwa stanowisk pracy, znanych jako selekcjonerzy kadry narodowej… Inspiracją do takiej sugestii są wyniki naszych kadr w koronnych grach zespołowych: siatkówce, koszykówce i piłce ręcznej. Trzy bratnie dyscypliny, opierające się na kunszcie operowania piłką przy pomocy kończyn górnych, lecą na pysk w rankingach międzynarodowego współzawodnictwa.
Wspólnym mianownikiem pozostaje obsada selekcjonerska. Siatkarzami dowodzi stale strapiony Włoch De Giorgi, koszykarzami rozhisteryzowany Amerykanin Taylor, handballistami jeszcze wczoraj zawiadywał porywczy Kirgiz z hiszpańskim paszportem - Dujszebajew; selekcjonerska wieża Babel po prostu. Ich wspólną cechą jest odporność na polszczyznę - język, którym na co dzień posługują się ich podopieczni.
Dlatego zawsze intryguje mnie pytanie: jaka część słowotoku trenerskiego, kierowanego do zawodników w czasie przerw technicznych, a przede wszystkim podczas zajęć treningowych, także teoretycznych, dociera do świadomości adresatów? Niekiedy ma się wrażenie, że po takim seansie komunikacyjnym drużyny postępują dokładnie odwrotnie aniżeli selekcjoner nakazuje…
Do takiego wniosku łatwo dojść można, obserwując zachowanie naszych koszykarzy na Eurobaskecie 2017, w końcówkach „wygranych” spotkań z Finami i Francuzami, przegranych na własne życzenie i w stylu, który woła o pomstę do nieba. Taylor podczas przerw technicznych ryczy do nich stentorowym głosem, kreśli mazakiem jakieś cudaczne konstrukcje, a oni wracają na parkiet i robią dokładnie coś innego. Pojęli o co mu chodzi, nie pojęli?...
Jest oczywiste, że w trakcie meczu jeszcze nikt nikogo nie nauczył taktyki rozgrywania końcówek, ale akurat Taylor - wydaje się - nie nauczył i nie nauczy naszych koszykarzy dokładnie niczego. Sam jest na etapie licencjata na uniwersytecie wielkiego wyczynu, nie ma doświadczenia z wielkich wydarzeń w tej dyscyplinie. Liznął przez chwilę stażu zawodniczego, ledwie się otarł o pracę pomagiera sztabowego w klubie NBA, zaliczył praktykę w czołowym klubie Niemiec - kraju, który trudno nazwać Mekką koszykówki i raptem wylądował w Polsce, otrzymując fotel trenera kadry. Przez 3 lata Taylor nie wyselekcjonował zmiennika rozgrywającego Koszarka, tuszując swoją nieskuteczność naturalizacją Slaughtera. Miał dogadać się z Gortatem, tymczasem wygenerował sztuczny antagonizm pomiędzy nim a Lampem, w ten sposób osłabiając kadrę w drastyczny sposób! W nagrodę wyposażono go w kontrakt przedłużający posługę na kolejne lata. Bez sensu! Amerykanin zwieńczył swoje nieudacznictwo taktyczne numerem wyciętym w meczu o wszystko - z Grekami. Nasi wznosili się na szczyty: Kulig, Waczyński, a zwłaszcza Koszarek. Ten ostatni wiedząc, że nie ma zmiennika (Taylor zabrał na mistrzostwa Europy tylko dwóch rozgrywających!), bo Slaughter złapał kontuzję, grał jak natchniony. I wtedy, kiedy ważyły się losy awansu, trener-sabotażysta zdjął jedynego playmakera i kazał prowadzić grę snajperowi Waczyńskiemu, nominalnemu skrzydłowemu! Natychmiast wszystko się posypało, Grecy momentalnie wdrożyli pressing na całym placu, zmuszając Polaków do oddawania piłki za darmo. Powstały warunki do deklasacji! Gorzej być nie mogło…

Z tej samej kategorii