Imponujący wyczyn Sylwestra Bednarka

Sylwester Bednarek
 fot. Radosław Jóźwiak  /  źródło: Cyfrasport

Aż dziw bierze, że lekkoatleci jeszcze nie byli na lunchu w prezydenckim Pałacu, nie zjedli śniadania z panią premier…

Aż dziw bierze, że lekkoatleci jeszcze nie byli na lunchu w prezydenckim Pałacu, nie zjedli śniadania z panią premier… Po mojemu powinni, mimo że cała nasza wierchuszka zajęta jest po same pachy przygotowywaniem „zająca” Saryusza Wolskiego do wyścigu z faworytem biegu, Tuskiem. Ma w morderczym tempie poprowadzić wyścig, premiowany stołkiem w Radzie Europy, tak żeby obu rywali zniesiono z bieżni na noszach. Wszyscy dookoła się dziwią, że znalazł się w polskiej polityce ktoś taki, kto potrafi własne ambicje schować do kieszeni i poświęcić się dla wyższego celu.

 

Pro publico bono?... Na to zdziwienie odpowiadam przykładem z historii polskiej reprezentacji lekkoatletycznej. Był taki czas, że szczyciliśmy się posiadaniem dwóch wielkich biegaczy na półtora tysiąca metrów: Henryka Szordykowskiego i Witolda Barana. W trakcie jednego z pamiętnych meczów Wunderteamu, sytuacja taktyczna nakazywała „Szordemu” podporządkować się taktyce i poprowadzić waży bieg od początku w szalonym tempie po to, by umożliwić wygranie szybszemu na finiszu Baranowi. Szef wyszkolenia PZLA długo musiał perswadować krakowskiemu zawodnikowi konieczność podporządkowania się takim założeniom. Młodszy o 5 lat od Barana, stał na drodze do wielkiej kariery, z trudem przyjmował drugoplanową rolę. Przemógł się jednak i wyprowadził kolegę na 1. miejsce, co dawało sukces w meczu, bodaj z Niemcami.

 

Tymczasem w polskiej polityce, hop-siup, z piątku na sobotę przyjmuje się zlecenia na rolę „zająca”… Na szczęście sport mamy apolityczny, więc w Belgradzie pokazaliśmy Europie, że jesteśmy silni, zwarci i zawsze gotowi do wielkich wyników. Mnie, jako byłemu reprezentantowi i mistrzowi zrzeszenia Start w skoku wzwyż (wraz z Andrzejem Stauferem z Katowic) - z epoki stylu kalifornijskiego - najbardziej zaimponował Sylwester Bednarek. Po 8 latach udręki ze zdrowiem, ten - wydawało się - zmarnowany talent niespodziewanie ożył do sukcesów, do których był predestynowany.

 

Wiemy, że z powodu seryjnych kontuzji, praktycznie wykluczających go z wyczynowego sportu, wypadł z centralnego szkolenia, co ograniczało jego możliwości materialne. W jaki sposób zdołał obronić się przed definitywnym zejściem ze skoczni? Jak zdołał, w warunkach zabiedzonego, dzielnicowego klubu łódzkiego, utrzymać motywację i znaleźć drogę do wielkiej formy? Oto pytanie dla psychologów, pedagogów, trenerów i… księgowych. Wątków heroicznych w opisie mechanizmów, które wynoszą naszą lekkoatletykę do poziomu niegdysiejszego Wunderteamu, jest więcej. Łączą się one w swoistą odmianę odtrutki neutralizującej skutki komercjalizacji wyczynu.

 

Jak łatwo zauważyć, medalowe żniwa w belgradzkiej hali są dziełem zawodniczek i zawodników z małych, chciałoby się rzec - prowincjonalnych klubów, którym daleko od warunków tworzonych w PRL przez rozmaite Legie, Zawisze, Górniki, Śląski, Gwardie, Wisły, Olimpie itp. Obywają się bez lewych etatów, talonów na samochody, przydziałów na mieszkania… Może przemawia przeze mnie zauroczenie spartańskimi poniekąd okolicznościami budowania po nowemu dworu polskiej królowej sportu. Być może tak się dzieje, zwłaszcza, gdy się wie o ruinie stadionu Skry i braku obiektu dla uprawiania lekkoatletyki w Warszawie, gdy się wie, że najlepsza nasza zawodniczka, Anita Włodarczyk, do niedawna technikę rzutu młotem szlifowała… pod mostem! Dobrze byłoby pomówić o tych problemach, nie tylko z panem ministrem, który w tych sprawach ma aż za dobre rozeznanie z własnego, empirycznego doświadczenia. Jak tylko skończy się ów wyniszczający, polityczny wyścig w Brukseli, otworzą się moce przerobowe najwyższych person w kraju, Bednarek et consortes powinni wylądować na salonach obu pałaców, tego na Krakowskim Przedmieściu i tego w Alejach Ujazdowskich. Ładowanie koniecznie flopem!

Z tej samej kategorii